Cho-Oyu (8201 m n.p.m.) wyprawa jesienna cz.2.

Cho-Oyu (8201 m n.p.m.) wyprawa jesienna 2007r
 Cho Oyu (8201 m) – szczyt w głównej grani Himalajów Wysokich, na północny zachód od Mount Everestu, na granicy chińskonepalskiej. Indyjska Służba Topograficzna mimo ogromu prac geodezyjnych w czasie robionych przez Brytyjczyków pomiarów Indii nie przypisała Cho Oyu żadnego numeru. Później szczyt ten oznaczono numerem T45. Wydawało się, że góra jest niższa w porównaniu z gigantami widniejącymi na horyzoncie Nepalu od Makalu aż po Dhaulagiri. /na zdjęciu obok -ChoOyu – from Gokyo/
Etymologia nazwy Cho Oyu budzi spore kontrowersje. Heinrich Harrer stwierdził swego czasu, że właściwą nazwą szczytu jest”Cha-i-u”, co oznacza “Bożą głowę”. Innego zdania jest G. Dyhrenfurth, dla którego jest to skrót od słów “chomo” i “yu”, co oznaczałobyTurkusową Boginię. Według Pierra Vitoza, doskonałego znawcy języka tybetańskiego nazwa góry oznacza “Podporę Religii”. Mimo tych skrajnych pomysłów, funkcjonuje głównie tłumaczenie Dyhrenfurtha.

Zdobywcy :

RELACA – JŁucja Kalisz

Początek akcji : dzień drugi w bazie wysuniętej ABC na 5700 m pod CHO – OYU – 30 września 2007 roku
Wczesnym rankiem do namiotu na czworaka wchodzi Rysiek charcząc: “Wołaj Sonama” i w takiej pozycji już zostaje. Nasz Szerpa Sonam wyrwany ze snu, niczym rączy jeleń przybiega z butlą tlenu. Ponieważ kwadrans pod tlenem nie daje żadnych rezultatów, Lider ląduje u jedynego lekarza, jaki ostał się w bazie, w grupie Russella Brice’a. Turkusowa Bogini dała się w tym roku we znaki. Monsun trwał bardzo długo, silne wiatry pozmiatały namioty z obozów i ponad trzystu wspinaczy opuściło bazę bez zdobycia szczytu, a wraz z nimi zniknęły cudownie wyposażone kliniki komercyjnych zachodnich wypraw. Po kilu godzinach badań, kroplówek i morfiny, która na tej wysokości nie chce działać, zapada decyzja: natychmiast w dół.

Pakuję w biegu rzeczy do plecaka, potem następuje krótka szamotanina z Liderem, który postanawia do końca być strategiem: “Ty ze mną nie idziesz, niech idzie ktoś kto gorzej się czuje. Jeśli teraz zejdziesz tracisz szanse na szczyt.”

W bazie leży Serb, ponoć twardy chłop, maratończyk. Po zejściu ze szczytu, w obozie I dostał napadu silnego bólu brzucha. Nazwany symulantem i zniesiony do kliniki w bazie wysuniętej, umarł lekarzom na rękach. Późniejsza diagnoza: zakrzep. Na tej wysokości bez natychmiastowej interwencji chirurgicznej nie miał szans.

Objawy są identyczne. Zakrzep? Wyrostek? Czuję narastającą falę paniki i ogarnia mnie wściekłość, że straciliśmy kilka godzin cennego czasu. Łotysze z sąsiedniej wyprawy oddają swoje leki, dzwonią do oficera łącznikowego w bazie chińskiej i do Kathmandu – do Agencji Asian Trekking, która współpracuje z naszymi wyprawami. Szybka zbiórka gotówki “na czarną godzinę” i zaczyna się gra o czas. Jesteśmy w Tybecie i o helikopterze możemy tylko pomarzyć. Sonam niesie plecak, a Lidera niesie siedmiu Tybetańczyków. Maszerując w trampkach, w śniegu do pół łydki, zarzucają go sobie na plecy, idą kilkanaście minut i zmiana. Po dwóch godzinach drogi Tybetańczycy siadają i oświadczają, pokazując na Lidera który waży około 60 kg: “Sorry Didi on jest zbyt ciężki, nie możemy dalej iść.” Cena z ustalonych 500 USD wzrasta do 700. Nie targuję się, są naszą jedną nadzieją i dobrze o tym wiedzą. Wędrujemy moreną lodowca noga za nogą i nie stanowimy wesołej gromadki. Po 5 godzinach docieramy do jeepa. Płacę ustaloną cenę i słyszę: “Any tips madam?” Mam ochotę przyłożyć Tybetańczykowi z piąchy prosto w roześmianą gębę.Jeepem docieramy do bazy chińskiej, gdzie przez okno wkłada głowę nasz oficer łącznikowy. “A kto zapłaci za samochód?” pada bardzo konkretne pytanie. Kolejne 500 USD. Tyle warte jest życie białego w Tybecie. Płacę i odmawiam przyjęcia kolejnego pasażera na tylne siedzenie. Układam Lidera w pozycji horyzontalnej i faszeruję kolejną tabletką Tramalu. Znacznie wytraciliśmy wysokość, leki zaczynają działać i Lider zapada w niebyt. Przez szybę widzę piękne krajobrazy płaskowyżu w okolicach Tingri – góry w ciepłym, czerwonym świetle zachodzącego słońca. Powoli zapada zmrok. Stopniowo droga zamienia się w koszmar, zaczynają się rozkopy i wertepy. Docieramy do miejsca, gdzie droga jest zamknięta z powodu remontu, otwierają ją tylko w nocy na 3 godziny w jedną i 3 godziny w drugą stronę. Stoimy w korku.Docieramy do Nyalam, a około 3 w nocy do Zangmu, obskurnej, przygranicznej, pełnej burdeli mieściny. Granicę otwierają o 10 rano, więc kilka godzin spędzamy w równie obskurnym hotelu. W nocy nasłuchuję czy Lider oddycha i rozmyślam co zrobię, jeśli postanowi pożegnać się tym światem jeszcze po stronie chińskiej. Strach ma wielkie oczy i o poranku diagnozuję u siebie początki paranoi. O 9 rano przychodzi właściciel hotelu, zabiera paszporty, ksero wizy grupowej, pieniądze i znika. Pojawia się po godzinie i oświadcza: “Granica jest zbyt zapchana, straszny korek, teraz nie przejdziecie”. I znika ponownie. Przez okno widzę tłum ludzi zmierzający w stronę przejścia i niekończący się korek samochodów. Przy takim założeniu możemy tu czekać cały dzień. Przeczesuję hotel w poszukiwaniu właściciela, prosząc o pomocw doprowadzeniu Lidera do granicy. “O tak wy wszyscy jesteście bardzo chorzy” stwierdza sarkastycznie. W tej chwili chyba nienawidzę Chińczyków. Łapiemy Lidera pod pachy i wędrujemy w stronę przejścia. Tu namierza nas Mr Popu, współpracownik Agencji Asian Trekking, który dokonuje cudu i po kilku minutach przechodzimy z Liderem przez odprawę chińską bez żadnej kontroli. Tłum ludzi zostaje za nami. Jedziemy jeepem kilka/kilkanaście? kilometrów w dół do przejścia Kodari. Gigantyczny korek, upał, smród spalin i hałas klaksonów. Kompletny bezład i marazm pogranicza chińsko – nepalskiego wciąga jak bagno. Dwa kilometry przed mostem korek staje w miejscu, nie sposób dalej jechać. Odnajduje nas brat Mr Popu – Mr Krishna, mały Chińczyk, sięgający mi do brody. Łapiemy Lidera pod pachy i wędrujemy w dół, w kierunku rzeki. Wyglądamy zgoła groteskowo: po prawej – ja, w upale w napół zimowym ubraniu, z wielkim plecakiem, po lewej – mały Chińczyk z bródką, a pośrodku – Lider, powłóczący nogami i zaczynający gadać od rzeczy. Dumnie przekraczamy Most Przyjaźni. Na przejściu nepalskim Mr Krishna dokonuje cudu – w kilka minut dostajemy wizę nepalską i przekraczamy granicę. Tłum zostaje za nami. Niewidzialna ręka Agencji pcha nas do przodu i odzyskujemy tak cenny czas. Po przekroczeniu granicy z Nepalem mam ochotę ucałować ziemię na której stoję. Czeka na nas samochód i ruszamy w kierunku Kathmandu. W amoku zapominam dać Krishnie napiwek za jego pomoc i jest mi wstyd.O 17 jesteśmy w Kathmandu w hotelu Norbulinka, gdzie czeka połowa składu Agencji Asian Trekking oraz Aga (Agnieszka Gąsowska) – zjechała kilka dni wcześniej z bazy chińskiej, z powodu wody w płucach i od tej chwili jej obecność będzie dla nas podarkiem niebios. Lider, gadając od rzeczy już na całego, dziarsko odmawia podróży do szpitala, na szczęście nikt go nie słucha. Jedziemy do przychodni dla westowców “Ciwec Clinic” gdzie po wstępnych badaniach zapada decyzja: natychmiast operacja.Karetką na sygnale mkniemy do najlepszego szpitala w Kathmandu “Norvik-Escorts International Hospital” i na dobre pół godziny utykamy w korku, w centrum miasta. Dostajemy zbiorowej głupawki i bawimy się w reporterów, a Lider wdzięczy się do fotek. W szpitalu zaczyna się wywiad i przygotowania do operacji. “Ma uczulenie na penicylinę” powtarzam głosem starego pijaka, bo ze stresu dostałam chrypy i straciłam głos. Nie jesteśmy już potrzebne, więc wędrujemy z Agą okolicznymi ulicami w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Nie jadłam od dwóch dni i rzucam się na ryż z warzywami jak wygłodniałe, afrykańskie dziecko. Po pół godzinie odnajduje nas zasapany Niraj – pracownik Agencji Asian Trekking. Trzeba pilnie wracać do szpitala i podpisać dokumenty, bez tego operacja nie może się zacząć. Zastanawiam się, jak u diabła znalazł nas na tym zadupiu? W szpitalu podpisuję stertę dokumentów o bardzo optymistycznej treści: ” wyrażam zgodę na operację, a jeśli pacjent nie przeżyje, nie będę zgłaszać roszczeń”. Lider trafia na stół operacyjny. Zaszywamy się z Agą w pokoju, do którego mają go przywieźć za godzinę. Po czterech godzinach jesteśmy wezwane na rozmowę: operacja się udała ale przyjechaliśmy bardzo późno, stan pacjenta jest bardzo ciężki, musi zostać na OIOM-ie, nie pracują nerki, nie może samodzielnie oddychać. Pozwalają nam wejść i na chwilę go zobaczyć. Lider wygląda jak mumia z wosku, podłączony do kilku kroplówek, pod respiratorem, z brzucha wychodzą rurki które odprowadzają różnokolorowe płyny do kilku torebek. Chce mi się płakać. “He is a very strong man” pociesza nas lekarz ,może ranek przyniesie lepsze wieści. Nocujemy w szpitalu. Ranek nie przynosi lepszych wieści, a Lider jest na OIOM-ie jeszcze przez 3 dni. Potem zostaje przeniesiony do ślicznego, jednoosobowego pokoju z łazienką. Jego pobyt w szpitalu to materiał na osobną historię. Dodać tylko mogę, że notorycznie przyprawia personel medyczny o stan przedzawałowy, samodzielnie odłączając się od kroplówek i urządzając nocne tury do łazienki. Krótko mówiąc, jak to Lider, wraz z powrotem do zdrowia daje nam wszystkim popalić. Nikt z nas nie ma pomysłu jak podziękować doktorowi Kokurelowi, który przeprowadził operację. Wspaniały lekarz z powołaniem, wykształcony w Wielkiej Brytanii, z manierami kolonialnego dżentelmena. Ostatecznie kupujemy dużą butelkę dobrej whisky.Później, po rozmowie polskich lekarzy z doktorem Kokurelem, dowiaduję się szczegółów: stan pacjenta był krytyczny. Pęknięcie wrzodu dwunastnicy doprowadziło do zapalenia otrzewnej, ustania pracy nerek, silnego zatrucia całego organizmu i wzrostu poziomu potasu do stopnia, który w każdej chwili groził zatrzymaniem akcji serca. Większość z nas w takim stanie nie dożyłaby operacji.Idąc w góry, szczególnie te wysokie, mamy swoje powody i swoją motywację, która każe iść dalej. Jakże często grzeszymy wtedy pychą. Niedotleniony mózg tworzy iluzję omnipotencji – stojąc na szczycie czujemy się panami świata.Wybierając się na Cho – Oyu przewidywałam różne sytuacje i byłam na nie przygotowana, mając złudne poczucie kontroli nad tym, co może się zdarzyć. Życie ułożyło swój własny plan, który zaskoczył wszystkich.Ta wyprawa boleśnie i namacalnie uświadomiła mi, jak kruche jest ludzkie życie. Nawet ci, których uważamy za niezniszczalnych, są tak zwyczajnie śmiertelni.To wielka lekcja pokory, za którą dziękuję losowi.Łucja Kalisz

Lider wyprawy – Ryszard “Napał” Pawłowskihttp://www.patagonia.com.pl/

Ryszard Pawłowskiorganizując komercyjne wyjazdy na wszystkie kontynenty wchodził jako przewodnik wspólnie z klientami na takie szczyty jak:

  • Ama Dablam (6856m) w Himalajach Nepalu – 19 razy
  • Aconcagua (6962m), najwyższy szczyt Ameryki Południowej – 20 razy
  • Mt McKinley (6194m) najwyższy szczyt Ameryki Północnej – 9 razy
  • Island Peak (6169m) w Himalajach Nepalu – 5 razy
  • Mt. Everest (8848m) od strony Nepalu i Tybetu – 3 razy
  • Pumori (7145m) w Himalajach Nepalu – 2 razy
  • Gasherbrum II (8035m) w Karakorum Pakistanu – 3 razy
  • Cho-Oyu (8201m) w Tybecie – 2 razy (4-5 października 2000r, maj 2005r)
  • Nanga Parbat (8125m) w Himalajach Pakistanu
  • Elbrus (5642m) w Kaukazie – 6 razy

Agencja wyprawowa

One Response

  1. wow, it’s nice to see this in your blog, this is identification repot for travel ling nepal m always with u .

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: