Himalayan Trilogy once again, “Himalayan Triptych Reactivated” – Ama Dablam

Jak zdobywali Ama Dablam – relacja Piotr Morawski

Problemy zaczęły się na lotnisku. Mieliśmy ruszyć 15-go, ale niestety samolot spóźnił się kilka godzin. W związku z tym, nie mieliśmy dalszych połączeń i wylot trzeba było odłożyć o jeden dzien. Na szczęście, jak to zwykle bywa, na początku były problemy, a potem już poszło jak po maśle.

W Katmandu sprawnie załatwiliśmy formalności i już byliśmy w samolocie do Lukli. Krotki trekking po jednej z najpiękniejszych dolin świata Solo Khumbu i docieramy do stóp Ama Dablam. Zdziwienie.

Zazwyczaj jest to popularna góra, a poza nami nikogo nie ma w bazie. Poza tym Ama Dablam wygląda na skalno-lodową. Ani grama śniegu. Jak na warunki himalajskiej zimy: zimno, wietrznie, bezśnieżnie… Mimo tego od razu ruszyliśmy do pracy.


Piotrek w bazie pod Ama Dablam

Z ciężkimi ładunkami doszliśmy do jedynki już 26 marca. Następnego dnia z Peterem zaporęczowaliśmy drogę do dwójki. Piękna, na wielu zdjęciach śnieżna grań, okazała się czystą skałą. Stare poręczówki znaleźliśmy w kilku miejscach, resztę musieliśmy położyć sami. Nagle Ama Dablam z “trekingowej gory”, gdzie liny poręczowe idą od bazy do szczytu, zaczęła od nas wymagać skalnego wspinania. I to jeszcze z plecakami. Właściwie o to nam chodziło. Mogliśmy się powspinać i to jeszcze w tak pięknych okolicznościach przyrody.
Zeszliśmy do bazy na odpoczynek. Przecież to aklimatyzacja i nie ma się gdzie śpieszyć. Zabawiliśmy 2 noce i znowu hajda do góry.


Na skalnej grani Ama Dablam

Ciężkie wory, droga daleka. 31 marca dotarliśmy do obozu II na wysokości 6050 m, a następnego dnia zaporęczowaliśmy drogę do trojki. Najpierw lodowo-skalna przełęcz (pamiętam zdjęcia jak ludzie tam szli po śniegu), potem skalny kuluar i lodowa ściana. Cały czas wspinanie, nie zawsze przyjemne, ale przynoszące dużo satysfakcji. Już drugiego kwietnia przenieśliśmy się całą czwórką (przypomnę: Piotr Pustelnik, Peter Hamor, Darek Załuski i ja) do obozu III na wysokości 6450 m, na mniejszym z dwóch amadablamowych seraków. Byliśmy gotowi na wierzchołek.

Start dopiero gdy przyszło słońce. Już pierwsze metry okazały się lodowym wspinaniem, stare liny gdzieś zniknęły. Właściwie do samego wierzchołka zamiast upragnionego śniegu, w którym można by trochę podreptać mieliśmy lód. Ale warto było. 3 kwietnia stanęliśmy z Peterem Hamorem na szczycie. Oczywiście Everest schował się za chmurami, ale i tak widoki były przepiękne.


Peter Hamor i Piotr Morawski na szczycie

Dzień później, 4 kwietnia, na szczycie stanęli również Piotr Pustelnik i Darek Załuski. Nasza aklimatyzacja dobiegła końca. Od przybycia do bazy, do zejścia na dół spędziliśmy pod górą 14 nocy. Z czego zaledwie 6 nocy w bazie na 4550 m, a resztę wyżej. Chodziliśmy spokojnie, jedliśmy dobrze, spaliśmy wysoko, weszliśmy na szczyt. Mam nadzieje, ze dobrze się zaaklimatyzowaliśmy przed naszym następnym, głównym celem. Poza tym stanowimy świetny, zgrany zespół, a to też się liczy!

A teraz w Nepalu zbliżają się pierwsze demokratyczne wybory do parlamentu. Całe Katmandu i cały kraj jest sparaliżowany. Do tego niespodziewane opady śniegu pozrywały drogi w rejonie Annapurny. Mamy pierwsze zadanie – dostać się do bazy pod Annapurną… A drugie… Cóż, trzymajcie kciuki jak dotychczas, a na pewno nam się uda!

Piotr Morawski (Alpinus)

Źródła: Alpinus i  http://www.goryonline.com/http://www.wspinanie.pl/

goryonline.com

** zapraszam na relacje z wypraw polskich himalaistów.

AddThis Feed Button

zapraszam do subskrypcji mego bloga

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: