Kangchenjunga Expedition 2009 – wyprawa Kingi Baranowskiej cz.5.

KINGA BARANOWSKA RUSZA NA KANCZENDZONGĘ (8586 M) cz.5.

Cel:

Celem wyprawy jest wspinaczka na Kanczendzongę (8598 m) – trzeci najwyższy szczyt świata.

Termin realizacji :

Wspinaczka planowana jest od początku kwietnia do końca maja.

Opis wyprawy:

Wejście na szczyt jest przewidziane ścianą południowo-zachodnią .

Na zdjęciach poniżej pokazano drogę na szczyt.

kang-recorregut_cb-cimFot. Ferran Latorre

kang-recorregut_c2-cimFot. Ferran Latorre

Szczyt położony jest we wschodniej części Himalajów na granicy Indii i Nepalu. Kanczendzonga (ang. Kangchenjunga) – 8598 m n.p.m. (wg innych źródeł 8586 m). W języku tybetańskim oznacza „Pięć Skarbnic Wielkiego Śniegu”). To trzeci szczyt Ziemi i drugi co do wysokości szczyt Himalajów, położony na granicy Nepalu z Sikkimem.

Jak do tej pory żadna Polka nie stanęła na wierzchołku Kanczendzongi, trzymamy zatem kciuki za pierwsze polskie kobiece wejście na ten wierzchołek.

Warto przypomnieć , że Wanda Rutkiwicz zaginęła w 1992 podczas ataku szczytowego na Kanczendzongę.

Sylwetkę Kingi Baranowskiej przedstawia post :

Kinga Baranowska – famous Polish climber. /Version english and polish/

Relacje z wyprawy Kangchenjunga Expedition 2009.

29.04.2009

Rest. Noc z kaszlem. Nieprzespana. Kaszel męczy. Nie wiem jak się z niego wyleczyć. Od zimnego powietrza w nocy mam podrażnione całe gardlo. Biorę coś wykrztuśnego, może pomoże.

28.04.2009

Schodzimy rano do bazy. Ta noc jest stanowczo lepsza niż poprzednia, już prawie całkowicie przespana, choć o głębokim śnie nie ma mowy. Gdyby nie bolące gardło, byłoby idealnie. Po drodze w dół kilka zjazdów z seraków, ale obniżamy się dzięki temu dość szybko.
Nie wzięłam telefonu do góry z racji obniżenia wagi plecaka, więc w telefonie mnóstwo pytań: gdzie jesteś? Co się z Tobą dzieje? Żadnej relacji na stronie!
Odpowiadam – nie biorę zazwyczaj telefonu do góry, na miejscu korzystamy z krótkofalówek, by łączyć się z bazą.

Następne pytanie: Jakie plany?
Mówiąc krótko jestem wyczerpana i marzę jedynie by odpocząć. Tak więc odpowiadam: REST. To też jest część wspinaczki i całego procesu aklimatyzacji. Umiejętne gospodarowanie swoim organizmem. “Nie zajechanie” go, już na samym początku. To co robimy tutaj, w skrajnych warunkach jakby nie było, jest dużym obciążeniem dla organizmu. Ważne jest dbać o niego, wsłuchiwać się w niego, być dla niego bardzo przyjaznym. Jeśli nie będziemy o niego dbali – odmówi nam posłuszeństwa.

Kolejne pytanie: no to ile jeszcze Ci zostało dni do góry?
(…. a ja myślę dziś tylko o odpoczynku i o tym, że takich nocy aklimatyzacyjnych muszę przejść jeszcze sporo).
Odpowiadam. Aklimatyzacja, czyli adaptacja organizmu do wysokości, trwa różnie – jest to sprawa bardzo indywidualna. U mnie przebiega w miarę dobrze, patrząc na poprzednie wejścia na ośmiotysięczniki, ale trzeba być zawsze czujnym. Lepiej być lepiej zaklimatyzowanym, niż gorzej, bo w najgorszym przypadku kończy się obrzękiem mózgu lub płuc.
Kanczendzonga jest wysokim ośmiotysięcznikiem (trzecim jakby nie było) i bardzo wielu ludzi, którzy są na tej wyprawie, wspinają się nań z butlą z tlenem. W tej sytuacji niepotrzebna jest 100% aklimatyzacja do dużych wysokości, bo korzysta się że “sztucznego” tlenu. Ja mam dość sceptyczne zdanie, kiedy widzę, że ktoś w ogóle się samodzielnie nie aklimatyzuje, a liczy tylko i wyłącznie na sztuczny tlen już od obozu pierwszego. Taka butla i cały ten mechanizm, potrafią być rowniez zawodne i wtedy już nie mamy na co liczyć.
Ja się nie wspinam na Kanczendzonge z butla z tlenem (jak zresztą na pozostałych osmiotysiecznikach rowniez), tak więc MUSZĘ się dobrze zaaklimatyzować do danej wysokości, czyli do niskiej zawartości tlenu w powietrzu i niskiego ciśnienia.
Proces ten myślę potrwa około trzech tygodni (Jeśli wszystko przebiega dobrze, pogoda, nie ma chorób itd.).
Tak więc nie pytajcie mnie proszę na początku wyprawy – kiedy atak szczytowy bo żeby wyjść na wierzchołek, który liczy 8600 m, muszę wcześniej przespać się z tysiąc metrów niżej, czyli zaadoptować organizm do TEJ właśnie wysokości (wytworzyć więcej czerwonych krwinek etc.). Jeszcze raz powtarzam – to jest trudny proces. Niektórzy nigdy nie są w stanie się zaaklimatyzować, czyli przebywać na dużych wysokościach.
I jeszcze jeden przykład:  jeśliby wysadzić kogoś z samolotu (hipotetycznie) na 8 tysiącach metrów, ta osoba umiera w ciągu 5 minut, właśnie powodu z niedotlenienia organizmu.

Tak więc PROCES AKLIMATYZACJI TRWA, a co za tym idzie zakładanie obozów, wynoszenie sprzętu, wyposażanie namiotów w jedzenie, no wreszcie sama wspinaczka trzy tysiące metrów do góry.

27.04.2009

Oj dziś czuję, że nie będę za dużo jeść.
Sama myśl o jedzeniu nie działa na mnie dobrze. Pije za to dużo. Biorę też Immunocal – proteiny, które dobrze działają na nasze organizmy. Noc w połowie nieprzespana. Od północy zaczęła boleć głowa od wysokości (ciśnienia), czyli zaczyna się. Bolesny proces aklimatyzacji. Jeśli ktoś nie wie jak to wygląda, to mówię – przekręcenie głowy choćby o milimetr, to jak wiercenie wiertarką w głowie. Po prostu pęka od środka. Biorę coś przeciwbólowego, na szczęście po paru godzinach zelżało i jak w letargu próbuję dotrwać do rana. Noc dłuży się niemiłosiernie.

baranowska-kangch_2009-jannu-z-obozu-i27.04.2009 Jannu z obozu I

Poza tym przez obowiązkowe picie, w kółko wychodzi się za potrzeba. Na zewnątrz, dużo poniżej zera, w namiocie również minus ileś, tak więc wyjście z ciepłego śpiwora, to jak kara zadana przez los. Opracowaliśmy z Alberto system sikania do jakiegoś pojemnika w przedsionku, by nie odmrozić sobie pupy.
Pomyślałam sobie, że po iluś osmiotysiecznikach, uzgodnienie szczegółów, co do sikania jest już normą. Normą jest też to, że pozostawia się drugiej osobie minimum intymności i odwraca głowę w druga stronę.
(…..)
cały dzień w pół letargu. Jedna osoba zeszła do bazy, bo ból głowy z nocy nie ustąpił. Dla mnie – troche spaceru, trochę snu, bo w nocy nie było go wystarczająco dużo. Nie chce mi się za bardzo wychodzić, promieniowanie na tej wysokości jest tak silne, że gdyby pobyć ze 20 min. bez okularów, dostaje się ślepoty śnieżnej. dużo pijemy (staramy się…), ale sama myśl o zrobieniu kolejnego kubka wody że śniegu, powoduje, że może później…
Po południo jest lepiej. Coś zjedliśmy (ja bardziej z obowiązku, by nie brać antybiotyku na pusty żołądek), ale tylko trochę. Najlepiej wchodzą sucharki i to te bezzapachowe. No i kawałek sera, ale też nieśmierdzącego.

26.04.2009

Wyjście do góry. Z rana. Aż sama jestem ciekawa, jak się te seraki forsuje. W niektórych miejscach są pod kątem 90 stopni. Do pokonania około 700 m w pionie.

baranowska-kangch_2009-droga-do-jedynki26.04.2009 Droga do jedynki

Na co bardziej stromych miejscach założone poręcze, bodajże przez Szerpów z grupy koreańskiej. My nie mamy Szerpów, wynosimy wszystko sami, ale pewnie będziemy partycypować w kosztach założenia poręczy na serakach. Mimo wszystko ciężko wnosi się cały ekwipunek do góry, kilogramy w plecaku powodują, że każdy metr w górę, to ogromny wysiłek.
Po przyjściu na 6200 m kopanie platformy pod namiot. Moja grupa podzieliła się na pół, żeby było łatwiej wynosić rzeczy. Część wzięła namiot wczoraj, druga część dziś oraz jedzenie i gaz. O prywatnych rzeczach (śpiwór, karimata itd.) nie wspominam, bo to już indywidualna sprawa kto w czym i na czym śpi. Jeśli ktoś ma cały ekwipunek mega ciężki to już jego problem.
Czuję się znakomicie (o dziwo). Przygotowuję przez resztę dnia picie i jedzenie dla siebie i Alberto, który jest bardzo zmęczony. Dostał kisiel i parę innych polskich specjałów i jest zachwycony. Mimo zmęczenia, swym angielsko-hiszpańskim wyraża sporo optymizmu.

baranowska-kangch_2009-alberto-zerrain-przy-pokonywaniu-seraka26.04.2009 Alberto Zerrain przy pokonywaniu seraka

Pozostałe dwie osoby nie mogą nic jeść, sam zapach powoduje u nich mdłości. To też objaw kiepskiej reakcji na wysokość. U mnie żołądek w porządku, trawie w miarę dobrze, choć o obżeraniu się nie ma mowy.

25.04.2009

Dzień w bazie. Jutro idziemy do gory. Pierwsza grupa poszła dziś. Ja ciągle na antybiotyku, więc idę jutro. Poza tym według kalendarza buddyjskiego najlepszy dzień na wyjście to właśnie jutro. Niektórzy tego nie przestrzegają, ja choć buddystką nie jestem, to prawa i zwyczaje obowiązujące tu respektuje. Wczoraj była puja. Za pomyślność i przychylność Góry. Pakuję plecak. Robi się coraz cięższy.

* posty o wyprawach Kingi na mojej stronie kliknij : Kinga Baranowska

** poprzednie posty :

Kangchenjunga Expedition 2009 – wyprawa Kingi Baranowskiej cz.4.

Kangchenjunga Expedition 2009 – wyprawa Kingi Baranowskiej cz.3.

Kangchenjunga Expedition 2009 – wyprawa Kingi Baranowskiej cz.2.

Kangchenjunga Expedition 2009 – wyprawa Kingi Baranowskiej cz.1.

Polish Himalaya Expeditions 2009 part 4. Himalaje 2009 – polskie wyprawy, cz. 4. /Version english and polish/

video – Kinga Baranowska w Kathmandu Kangch 2009

goryonline.com

gieldaturystyki.pl

** zapraszam na relacje z wypraw polskich himalaistów.

AddThis Feed Button

zapraszam do subskrypcji mego bloga

3 Responses

  1. I think that this is great saying about the Nepal’s mountain and wonderful looks of cool Himalayas.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: