Ryszard Pawłowski i jego wyprawy – Alaska 2001.

Poniżej przedstawiam relację znanego polskiego himalaisty Ryszarda Pawłowskiego z jego wyprawy : Alaska 2001 – masyw Mendenhall Towers.

pawlowski-lider.jpg Ryszard Pawłowski.

Urodzony w 1950 roku, zodiakalny Rak, ale Tygrys według horoskopu chińskiego, inżynier elektryk, instruktor alpinizmu, przewodnik górski.

Wziął udział w ponad 100 wyprawach w różne góry świata jako uczestnik lub organizator. Zdobył 10 szczytów 8-tysięcznych, min. K2 (8611m) płn. filarem.
Jest jedynym Polakiem, który 3-krotnie stanął na szczycie Mt. Everestu(8848 m n.p.m.). Dokonał wielu wejść trudnymi drogami wspinaczkowymi w różnych rejonach Ziemi.

Był partnerem wspinaczkowym Jerzego Kukuczki, Piotra Pustelnika, Janusza Majera, Krzysztofa Wielickiego i innych.
Jest członkiem prestiżowego The Explorers Club, stowarzyszenia zrzeszającego ok. 3000 odkrywców i badaczy z kilkudziesięciu państw wszystkich kontynentów.

polish_international_mt_everest_expedition99_415.jpg
Everest – photo by Ryszard Pawłowski – Polish International Mt Everest expedition 99

Urodzinowy prezent.

– Rysiu, czy idziesz z nami na nową drogę? – Były to pierwsze słowa Jacka, tuż po moim przylocie do stolicy Alaski Juneau.
– Pewnie, że tak – odpowiedziałem bez wahania, nie znając jeszcze planów Jacka oraz tego, co nas miało czekać.
Juneau zamieszkane przez niespełna 30 tysięcy ludzi, usytuowane jest w odległości 600 mil na płd.-wsch. od Anchorage, 250-tysięcznego miasta Alaski. Można tam dopłynąć statkiem lub przylecieć samolotem. Zewsząd otacza je woda lub podmokłe tereny, a ilość opadów deszczu należy do jednych z największych w świecie.
Miasto to ¬postanowiłem odwiedzić co najmniej z dwóch powodów.
Po pierwsze – na Alasce byłem już po raz dziewiąty i wcześniej nie miałem takiej okazji, gdyż przez ostatnie kilka lat bez względu na porę roku Jacek zamieszkiwał na niewielkim jachcie przycumowanym do nabrzeża w warunkach raczej skromnych. W ubiegłym roku nabył okazyjnie chatę położoną w lesie i  bardzo chciałem zobaczyć ją na własne oczy.
Po drugie – i tak niewiele miałem do roboty. Dzień wcześniej wyprawiłem na Mt McKinley ośmioosobową grupę, w której była Magda, obecnie moja żona i tym sposobem „wyrobiło” mi się 3 tygodnie czasu, który mogłem spożytkować wyłącznie dla siebie.
Chata Jacka – mały, drewniany domek zwieńczony wieżyczką – wspaniale komponował się z otaczającą go przyrodą. Czuło się to szczególnie wtedy, gdy siedząc na tarasie w jakuzi z butelką piwa w ręku wsłuchiwaliśmy się w odgłosy lasu i przyglądaliśmy polującym bezgłośnie nietoperzom.
Rano obudził mnie krzyk dzikich gęsi za oknem. Wychodząc na zewnątrz dostrzegłem buszujące na wyciągnięcie ręki wiewiórki, a chwilę potem potężne orły bieliki majestatycznie zataczające kręgi na niebie.
Usytuowanie miejsca było strzałem w dziesiątkę, mimo że najbliższy sklepik oddalony jest o 8 mil, a ulubiony bar Jacka o całe 20 mil drogi.
Dwa dni oczekiwania na przylot z Kalifornii Davida, partnera skalnych wspinaczek Jacka, wykorzystaliśmy na trening w pobliskich klifach granitowych. Podpływaliśmy łodzią, a potem przebijając się przez busz, strasząc przy tym liczne świstaki oraz ptaki morskie, dochodziliśmy do podstawy skał. Wybór drogi zależał tylko od naszej fantazji, gdyż prawdopodobnie nikt się tutaj wcześniej nie wspinał.

Uczestnicy spektaklu.

David niewysoki, mocno zbudowany i poruszający się kaczym krokiem na zewnętrznych krawędziach stóp nie sprawiał wrażenia ekstremalnego wspinacza skalnego. Zadziwił mnie ilością przywiezionego ze sobą specjalistycznego sprzętu. Oprócz wielkiej ilości różnorodnych friendów, kostek i haków miał też dwa wiszące łóżka tzw. portaledge, potrzebne do biwaków w dużej pionowej ścianie. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że żartów chyba nie będzie.
Jacek, wysoki, chudy rudzielec w grubych szkłach na nosie, ostatnio bardzo aktywny, zarówno w skale jak też górach najwyższych, mój partner na wyprawach, nie był dla mnie zagadką. Ciekawiło mnie tylko o ile urosły jego umiejętności techniczne, bo psyche miał świetną.
Do tego ja, mający już z górki wspinaczkowe wzloty, ale z doświadczeniem, które może się jeszcze przydać i bez wątpienia z przysłowiową szczęśliwą ręką do pogody.
W agencji „Northstar Trekking”, w której negocjowaliśmy cenę za wynajęcie helikoptera, na wiszącym w eksponowanym miejscu plakacie po raz pierwszy ujrzałem płn. ścianę Mendenhall Towers. Prawie dokładnie w środku najwyższy z wierzchołków ubrany w lodową czapę seraka opadał aż do podstawy ściany stromym, skalnym filarem, który tylko w dwóch miejscach przecięty był zalegającym na półkach śniegiem.
Byłem pod wrażeniem. Zrozumiałem podniecenie Dava i Jacka, którzy przez ostatnie dwa dni mówili tylko o przejściu drogi. Nic dziwnego, już dwukrotnie próbowali sił w roku 1999 oraz 2000. Przeszli wtedy 120 m skały dochodząc do ostrogi na filarze. Wielokrotne próby kończyły się zawsze w strugach ulewnego deszczu. Konkurencja też nie spała, a jeden z zespołów spędził 30 dni przeczekując deszczową pogodę. Warto więc było spróbować.

Akcja.

Doskonale wyposażeni sprzętowo, z zapasem żywności i paliwa na dwa tygodnie, byliśmy gotowi. Pilot helikoptera wysadził nas na lodowcu, życzył szczęścia i obiecał rzucić na nas okiem, przy okazji lotów patrolowych. W razie (odpukać!) wypadku mogliśmy liczyć na pomoc łącząc się przez radio wyłącznie ze szczytu. Innej możliwości nie było.
Pogoda była niepewna. Dzień rozpoczęliśmy poręczując 120 metrowy odcinek wyprowadzający na siodełko w filarze. Był to system szerokich rys o trudnościach 5.10a. Pod wieczór sytuacja wyjaśniła się definitywnie, zaczęło intensywnie padać, a radiowa prognoza nie pozostawiała złudzeń: „…deszcz okresami intensywny z niewielką szansą na poprawę …”
Następne trzy dni przesiedzieliśmy zagłębieni w zabraną ze sobą lekturę, treściwe rozmowy przy puszkowanym piwie i wysłuchiwanie prognoz pogodowych, ciągle podobnych. Ożywienie wprowadził wieczorny komunikat o nadchodzącym porywistym, zimnym wietrze z północy. Była w tym jakaś nadzieja i szansa, aby się wreszcie ruszyć.
Cały dzień zajął nam transport pod ścianę sprzętu oraz lin i mimo ponownego załamania pogody urobiliśmy dodatkowe 80 m skalnego terenu wracając na noc do namiotu. Rankiem widząc rąbek błękitnego nieba oraz korzystne wskazania altymetru z okrzykiem „…teraz albo nigdy!…”  wbiliśmy się w nasz filar. Wory transportowe oraz system bloczków sprawdzone przez Davida w yosemitowskich ścianach również tutaj działały bez zarzutu. Uskrzydleni coraz lepszą, chociaż mroźną pogodą i bezczynnością dni poprzednich, pokonywaliśmy coraz to wyższe, teraz już całkiem dziewicze partie skalnego filara. Wyglądająca z dołu bardzo lito i nieprzystępnie pionowa, płytowa formacja doprowadzająca do partii śniegu, ku naszej radości puściła klasycznie, chociaż nie obyło się bez dłuższej dyskusji i przymiarek, którędy uderzyć.  Specjalistyczny sprzęt w postaci nitów, ławeczek i wymyślnych haczyków okazał się zbędny. Wystarczył zestaw friendów i stalowe palce Dava. Wspomagał się co prawda od czasu do czasu jakimś hakiem, ale tylko po to, aby oczyścić zarośnięte rysy i wcisnąć tam swoje paluchy, bądź osadzić przelot w postaci frienda, albo kości. Późnym wieczorem osiągnęliśmy miejsce wypatrzonego z dołu biwaku. Wygodna pozioma półka, o jakiej mogliśmy tylko pomarzyć oraz śnieg w zasięgu ręki wprowadziły nas w nadzwyczaj dobry nastrój.
Podziwialiśmy panoramę skalnych turni oraz ciągnące się po horyzont jęzory lodowców. U naszych stóp 400 m poniżej na lodowcu w poświacie księżyca i nigdy nie zachodzącego o tej porze roku słońca majaczył nasz mały namiot, który opuściliśmy rankiem. Było zimno, a wiatr huśtał rozpalony wewnątrz płachty palnik.

Finał.

Poranne promienie zaledwie co nas musnęły. Zaczął się następny dzień bez opadów, do tego bardzo wyjątkowy, był 24 czerwca, dzień moich urodzin.
– Happy birthday Pedrino – pozdrowili mnie Jacek i Dave siedząc jeszcze w śpiworach.
– Thank you guys, życzenia przyjmę na szczycie – odrzekłem podając im gorący kubek z kawą. Pedrino – ojczulek (sekwencja z „Ojca chrzestnego”) wzięło się stąd, że młodsi koledzy prosząc często o radę, trochę żartobliwie, ale z pełnym szacunkiem zwracali się do mnie właśnie w ten sposób.
Moja propozycja potraktowana została poważnie, i całkowicie na lekko, zostawiając jedzenie i sprzęt biwakowy ruszyliśmy w kierunku szczytu. Brakowało nam, bagatela, 400 m w pionie, w terenie zupełnie nieznanym. Mimo, że skalne trudności wcale się nie zmniejszały, to szansa na ukończenie drogi wyraźnie nas uskrzydliła. Teren stał się niezwykle zróżnicowany, raz były to pionowe płyty z wąską rysą, innym razem wylodzona formacja kominowa lub śliska i omszała skała ze strużkami spływającej po niej wody, a czasem osadzony w śniegu luźny kamień. Dave poruszał się pewnie i nadzwyczaj sprawnie. Trudno było uwierzyć, że na co dzień robił „tylko” 5.12. Zacząłem doceniać jego klasę.
Co jakiś czas przytulaliśmy się do skały, aby uniknąć spadających kamieni bądź to zrzucanych przez któregoś z prowadzących bądź wytapianych
z górnych partii filara. Przydałyby się nity lub haki na stanowiska, ale te, jak się dopiero teraz okazało, w wyniku przyspieszonej redukcji sprzętu pozostały na biwaku. Droga absorbowała nas całkowicie, ale już teraz myślałem jak sobie damy radę w zjazdach.
O godz. 19.00 byliśmy w partiach podszczytowych. Zamieniliśmy wspinaczkowe buty na skorupy, a w ruch poszedł zimowy sprzęt i czekany. Była nadzieja na ukończenie drogi, chociaż potężny śnieżno-lodowy serak wcale nie wyglądał łatwo. Całodzienne zmęczenie i stromizna terenu spowodowały chwilowe zwątpienie w powodzenie akcji. Przerwał je Jacek, zdecydowanym wyjściem na prowadzenie i zmianą Dava, który niezbyt pewnie czuł się w tak obcym dla siebie terenie.
O godz. 21.30 byliśmy na wierzchołku. Radość, uściski i zdjęcia. Nagroda za wytrwałość i piękny prezent w dniu moich 51 urodzin.
– Happy birthday Pedrino – zakrzyknęli chłopcy.
– Congratulations boys – byłem naprawdę wzruszony.
Dookoła jak okiem sięgnąć w poświacie zawieszonego nad horyzontem słońca rozpościerają się przepiękne widoki, dla których warto było tutaj stanąć. Jacek przez radio informuje agencję o naszym wejściu. Jesteśmy usatysfakcjonowani. Za dwa dni przyleci po nas helikopter. Teraz tylko bezpiecznie w dół. Biorę to na siebie. Nie mamy haków, ani nitów, tym bardziej więc trzeba uważać. Nie jest to łatwe. Używamy dwóch 70-cio metrowych lin, a mimo to idzie jakoś niemrawo. Zjazdy tylko z kostek i pętli, w dodatku jest już półmrok i trudno obejść się bez czołówek. W oczekiwaniu na swoją kolej chłopcy zasypiają na stojąco. Byle do biwaku.
Staram się robić wszystko jak najdokładniej. Wreszcie ostatnim długim zjazdem ląduję przy jedzeniu i pozostawionej wczoraj wodzie. Jest godz. 6 rano. 24 godziny akcji non stop, padamy ze zmęczenia. Osiem pełnych 70-cio metrowych zjazdów i oprócz pętli i karabinków tylko dwie pozostawione kości. Prawdziwie słowiańska oszczędność. Promienie słońca rozleniwiają nas ostatecznie. Każdy znajduje jakieś miejsce na gołej skale i zapada w drzemkę.
Pada propozycja, aby zostać tutaj do jutra, ale łagodna sugestia Pedrino ponownie zostaje przyjęta i o godzinie 13.00 zaczynamy nową serię zjazdów. Jest już jasno, a na dodatek teraz wreszcie mogę użyć pozostawione wcześniej haki. Komfort wręcz niebiański.
Trochę strachu, gdy z furkotem całkiem blisko nas przelatuje blok wielkości szafy zrzucony przez ściąganą linę.  Jeszcze mały desant z wahadłem na ostatnich centymetrach zjazdowej liny i wreszcie jesteśmy u podstawy ściany. Związani liną ze względu na całkiem okazałe szczeliny lodowcowe ciągniemy za sobą wory ze sprzętem – teraz już tylko w dół.
O godzinie 22.00 wciąż w pięknej pogodzie dochodzimy do namiotów. Rozpiera nas prawdziwa duma.
Czekając na helikopter obserwujemy wielką lawinę pękniętych seraków schodzącą dokładnie w linii naszej drogi. Całe szczęście, że nas już to nie dotyczy, chociaż bez wątpienia podnosi klasę dokonanego przejścia.
Z helikoptera jeszcze ostatni rzut oka na płn. ścianę Mendenhall, a chwilę potem pierwsze gratulacje w agencji „Northstar Trekking” i piękny gest w postaci darowanej nam 460 dolarowej opłaty za przelot helikopterem.

Podsumowanie :

Rejon działania: Alaska, okolice Juneau, masyw Mendenhall Towers płn. ściana
Dokonanie:          Nowa droga i pierwsze przejście 800 metrowego środkowego filara
Czas akcji:            czerwiec 2001 rok, efektywny czas przejścia filara od startu do
wierzchołka i zjazdami do podstawy ściany – 3 dni.
Trudności:     skalne 5.10 – 5.10d , nastromienie śnieżno-lodowe 50 – 70O
Skład zespołu:   Jacek Masełko
Ryszard Pawłowski
David Sorric

Rysiek Pawłowski.

Sylwetka himalaisty :

Ryszard Pawłowski the famous Polish climber. /Version english and polish/

* Od autora serwisu :

Niniejszym wyrażam słowa wdzięczności dla sławnego polskiego himalaisty za to, że kolejny raz zechciał pokazać na moim serwisie swoje relacje z wypraw.

** Zobacz też :

Polish International Mt Everest expedition 99 – relacja Ryszarda Pawłowskiego cz.1.

Polish International Mt Everest expedition 99 – relacja Ryszarda Pawłowskiego cz.2.

–  Polish International Mt Everest expedition 99 – relacja Ryszarda Pawłowskiego cz.3.

*** strona himalaisty to : http://www.patagonia.com.pl/

** zapraszam na relacje z wypraw polskich himalaistów.

AddThis Feed Button

zapraszam do subskrypcji mego bloga

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: