Annapurna 2008 – mBank Annapurna West Face Expedition 2008.

W zasadzie nie piszę relacji z wypraw. Staram się za to rejestrować jak najwięcej na kamerze, by potem, już na dole, przeżywać na nowo górskie przygody, montując film. Ten tekst to wyjątek, tak jak i ta wyprawa była dla mnie wyjątkowa.

Pomysł Piotra Pustelnika. Wiadomo, że Annapurna to ostatni ośmiotysięcznik brakujący mu do skompletowania korony Himalajów. Można by pomyśleć, że co to za problem. Pojechać, wejść i już. Po sprawie. Ale to nie z Annapurną.
Pusty już 3 razy próbował różnymi drogami. Po prostu Góra jest bardzo trudna.
Najsłabszym jej punktem jest ściana północna, zdobyta przez Francuzów w 1950r. Ale tam za to jest wyjątkowo niebezpiecznie – dolna część drogi prowadzi przez niezwykle aktywny lodowiec.
Tym razem wybór padł na pn- zach ścianę, trudną, rzadko odwiedzaną (ostatnio 20 lat temu) ale wyglądającą dużo bezpieczniej niż ściana północna. Wynalezienie tej drogi to już sprawka Petera Hamora, kolejnego uczestnika wyprawy, świetnego wspinacza ze Słowacji, który zresztą był już z Pustym pod Annapurną 2 razy.
Partnerem Petera był Piotrek Morawski – nasza ścisła czołówka himalajska. Dla niego miało to być trzecie spotkanie z Górą

Północno-zachodnia ściana Annapurny i droga Gabbarrova (droga czeska) wraz z miejscami potencjalnych obozów (C1, C2, C3)

Zaczęło się od Ama Dablam. Jest to piękny szczyt w dolinie Khumbu, który dla nas miał służyć jako poligon aklimatyzacyjny.
I od razu niespodzianka – jesteśmy jedyną wyprawą w bazie. Gdy byłem tu jesienią 2 lata wcześniej działało tu ponad 20 wypraw. Druga niespodzianka spotkała nas w jedynce gdzie okazało się, że prawie w ogóle nie ma śniegu i czeka nas wspinaczka w bardzo kruchej skale. Potem było już coraz lepiej. Nasza super dwójka Hamor – Morawski poręczowała, a ja z Pustym transportowaliśmy Trzeba było rozwiesić ok 1000m lin, ale opłaciło się. Wszyscy weszliśmy na szczyt. Było pięknie – super widoki, wymagająca wspinaczka.


Peter Hamor i Piotr Morawski na szczycie Ama Dablam.

Ama Dablam to było coś więcej niż aklimatyzacja, to już był prawdziwy przedsmak tego, co czekało na nas na Annapurnie.

10 dni później jesteśmy znowu w bazie, ale nad nami góruje teraz potężna ściana Annapurny.
Było trochę nerwówy z załatwieniem helikoptera, straciliśmy kilka dni, ale w końcu jesteśmy. Wszystko tu jest inne, nowe. Mamy co prawda zdjęcie ściany z wrysowaną drogą, ale nie jesteśmy nawet pewni czy nasza baza stoi we właściwym miejscu. Ścianę widać, owszem, ale jak pod nią dojść?

Pierwszy rekonesans i jest świetnie. 2-3 godz do końca moreny pod pierwsze spiętrzenie lodowca i widzimy prawie całą drogę.
Teraz czas na  bazę wysuniętą. Kolejny wypad i rozbijamy dwa namioty już na lodowcu. Mamy ABC. Powrót. Trzeba lepiej zaopatrzyć namioty.
Na dole spotykamy wyprawę słowacką. Wojskowa wyprawa w ciężkim stylu, już od kilku tygodni, bez większych sukcesów zmaga się z drogą północną.
Mieli wypadek – spadła lawina na obóz pierwszy i dwóch Szerpów musiało być ewakuowanych helikopterem do szpitala.
Cieszymy się, że nie daliśmy się skusić pozorną łatwością drogi pierwszych zdobywców.

Czas ruszyć w górę. Chcemy założyć i zaopatrzyć obóz I już pod samą ścianą, gdzie zaczynają się właściwe trudności.
Jak zwykle drogę wybierają Piotrek z Peterem. Dzień póżniej mamy ruszyć z Pustym niosąc liny i żarcie. W nocy w bazie wysuniętej obudził nas bliżej nieokreślony niepokój.
Ja na chwilę usiadłem, nasłuchiwałem. Pusty coś wymamrotał i przekręcił się na drugi bok.
Śpimy dalej. Rano jest jakoś dziwnie. Coś się zmieniło w naszym otoczeniu . Dopiero po dłuższej chwili dociera do mnie, że brakuje sąsiedniego namiotu. Tego w którym spaliby Piotrek z Peterem gdyby nie zostali na noc w dopiero co założonej jedynce.
Rozglądamy się śmielej i natrafiamy wzrokiem na kolejne strzępy namiotu i porozrzucane daleko rzeczy.
Cały czas nie możemy zrozumieć co się stało. Przecież nie wierzymy w Yeti.
K… ale mieliśmy szczęście, mówię do Pustego. Zaczynamy się domyślać, że na namiot spadło coś dużego z bardzo wysoka.
A bardzo wysoko nad nami spiętrza się skalna ściana – to pewnie stamtąd. A to coś co spadło może utkwiło gdzieś pod kawałkami lodu w szczelinie. No dobrze, ale jak to się stało, że pozostałości po namiocie leżą 30m od nas w górę lodowca.
Może to najpierw jakiś wielki kamol rąbnął w namiot a potem jednak Yeti zatargał wszystko pod górę 30m. A może… Tak na pewno to nie dowiemy się nigdy. Ważne że spaliśmy we właściwym namiocie tylko, a może aż 2m od tego niewłaściwego.
Dobrze jest. Góra jakby chciała to by nas… podsumował Pusty. Ja coś bąknąłem, że to może ostrzeżenie… Poszliśmy do jedynki.
Dopiero tam, 500m wyżej, gdy opowiadaliśmy chłopakom co nas spotkało, dotarło do nas, że naprawdę mieliśmy kupę szczęścia.

Tak zakończyły się  przygotowania. Teraz znowu na dół na zasłużony odpoczynek.

Kolejne wyjście to już atak na szczyt.

Nad jedynką trudna, delikatna wspinaczka po gładkich płytach pokrytych niezwiązanym śniegiem. Piotrek & Peter rozwieszają cienką linę poręczową i następnego dnia całą czwórką docieramy do miejsca pierwszego biwaku na 6100.
Następny dzień jest łatwiejszy – biwakujemy na 6600 pod wyraźnym spiętrzeniem ściany.
Tu znowu pierwsza dwójka rozpoznaje teren. Spędzamy kolejną noc i ruszamy do walki z najtrudniejszym, jak nam się wydaje, odcinkiem ściany. Osiągamy stromą skalną ścianę
zwieńczoną przewieszonym serakiem. Obaj z Pustum czujemy, ze z ciężkimi plecakami nie damy rady. Pierwsza dwójka jest już wysoko nad nami. Po długich wahaniach ruszamy w końcu i my. Jakoś puszcza. Po 10 metrach okazuje się, że skalna ściana ma słabe miejsce w postaci biegnącej skośne w górę śnieżnej rampy. Uf udało się. Chłopcy w górze zorientowali się, że zostaliśmy daleko i teraz pomagają nam rozwieszając linę w najtrudniejszym miejscu. Docieramy pod kluczowy, bardzo stromy serak – ostatnią przeszkodę przed łatwiej już wyglądającymi polami prowadzącymi na daleką jeszcze grań. Tu Peter kolejny raz pokazuje klasę. Ten facet ma niebywałą intuicję i po godzinie znajduje prawdopodobnie jedyne możliwe przejście. No cóż, to w końcu góral z Popradu.
Idziemy dalej. Teren wyrzuca nas w prawo. Liczyliśmy na skrót w lewo, przez wielki serak, ale nie ma szansy. Trzeba by najpierw pokonać 100 metrową trudną ścianę. Czeka nas więc droga dłuższa, ale mamy nadzieję, że łatwiejsza.
Dobry nastrój wyparowuje wraz z wysokością, szybko upływającym czasem i narastającym zmęczeniem. W zapadającym zmroku osiągamy okolice grani, ale wciąż jest stromo i nie widać szansy na biwak. Dalej iść po ciemku się nie da. Zaczynamy kopać platformę choć wiadomo że miejsce jest kiepskie. Po 2 godzinach namiot jakoś stoi a nasza czwórka gniecie się w środku. Nie mamy śpiworów. Na szczęście kombinezony puchowe chronią nas przed totalnym zmarznięciem. Za to jest strasznie niewygodnie. Gotujemy. Wiercimy się. Łapią nas skurcze. Peter leży z boku i ma najzimniej. Na dodatek co chwila zsuwa sie w… przepaść. Na szczęście namiot jest soldnie umocowany.
Wysokość 7600-7700. Ciężka noc. A rano mamy iść na szczyt.

Grzebiemy się z Pustym, co trochę denerwuje pozostałą dwójkę.
Jest zimno i trudno. Najpierw stroma grańka, potem kluczenie w mikstowym terenie. Nie spodziewaliśmy się tu takich trudności. W końcu osiągamy miejsce, z którego widać grań doprowadzającą na szczyt. Radość. Wygląda to nienajgorzej, choć jeszcze daleko.
Grań jest stroma i miejscami twarda, chociaż najgorszy kawałek, to gdy śnieg nie trzyma, a spaść można – jak to na grani – na obie strony. Idę niepewnie, trochę okrakiem, trochę się czołgam nieporadnie. Cieszę, że jestem ostatni i nikt nie widzi moich poczynań.
Kopuła szczytowa coraz bliżej, ale też wiatr coraz silniejszy. Na szczęście idziemy poniżej grani po północnej, zawietrznej stronie.
W miarę zbliżania się kopuła niepokojąco rośnie. Okazuje się, że wcześniej była częściowo zasłonięta przez grań i dopiero teraz widzimy ją w całej okazałości. morawski annapurna 2008
Ostatnia przełączka i nad nami spiętrza się ok 150m uskok. Po północnej stronie są trudne skały a od południa bardzo stromy śnieg. Tam też wbija się Peter asekurowany przez Pustego. Teraz wiatr już huczy na dobre. Prawie nie słyszymy się nawzajem.
Petera nie widać. Walczy gdzieś w kłębiącym się śniegu i wietrze. Po pół godzinie wraca. Nie dało się. Wpadł do szczeliny. Jego twarz mówi wszystko. Schodzimy w spokojniejsze miejsce. Naradzamy się. Piotrek Morawski robi rekonesans w skale. Jest bardzo krucho i trudno. Peter chce jeszcze raz próbować, Pusty jednak podejmuje decyzję. Wracamy. Wieje już potężnie. Pogoda psuje się na całego a do szczytu jeszcze spory kawałek trudnej wspinaczki.

Odwrót przemienił się w horror. Grań utonęła w chmurach i widoczność spadła do kilkunastu metrów. Szybko zgubiliśmy drogę. Nadciągała burza, a my błądziliśmy w okolicy grani, która była dla nas jedynym punktem orientacyjnym. Kluczowy moment stanowiło wytrawersowanie lodowym zboczem w stronę skał i tam odnalezienie drogi wejścia. I to się udało. Po kilkusetmetrowym, prawie poziomym trawersie w twardym lodzie natrafiliśmy na ślady.
Nagle huk i coś uderza mnie w rękę. Puszczam czekan. Jestem kompletnie zdezorientowany. Kolejny grzmot. To pioruny!!! Na szczęście czekan nie spadł, leży obok. Kilka metrów niżej Piotrowie szykują już zjazd na linie. Każdy z nas oberwał.
Co chwila rozlegają się kolejne grzmoty, a my kurczymy się ze strachu. W końcu trochę się uspokaja i w coraz gęściej padającym śniegu odnajdujemy namiot.
Niewiele pamiętam z biwaku. Nie mieliśmy gazu – starczyło na jedną menażkę chłodnej wody. Kolejny dzień był słoneczny. Schodziliśmy wolno, a w trudniejszych miejscach Peter zakładał zjazdy, samemu najczęściej schodząc na żywca. Było jeszcze parę większych i mniejszych przygód, a o jednej to na pewno nie napiszę. A potem pierwsza herbata z cukrem i herbatniki przyniesione pod lodowiec przez nasz staff z dołu, baza, kolejne herbaty i w końcu czas na obejrzenie stóp, które od kilku dni były takie dziwnie nie moje. Koledzy pocieszają mnie, że palce raczej nie kwalifikują się do ucięcia. Za to trochę nam pomogły w szybszym powrocie do cywilizacji, bo musiałem lecieć helikopterem.

morawski annapurna 2008 ABC

Miesiąc później Peter Hamor i Piotrek Morawski spotkali się znowu w górach wysokich pod Gasherbrumami.
W pięknym stylu, trudną drogą weszli alpejsko na Gasherbrum I a potem już drogą normalną osiągnęli Gasherbrum II.

Lekko drewniane, prawie już wygojone palce lewej stopy wciąż przypominają mi tę wyprawę – chyba najtrudniejszą i najbardziej niebezpieczną w jakiej brałem udział. Dziękuję moim partnerom – przyjaciołom za te wspólnie przeżyte chwile, za to, że jestem tu i teraz i mogę napisać tych kilka słów.

Autor : Jerzy Porębski

Źródło : – http://himalajetreking.pl/

* Zobacz też :

1. Himalayan Trilogy once again, “Himalayan Triptych Reactivated” : mBank Annapurna West Face Expedition – expedition closed /Version english and polish/

2. Himalayan Trilogy once again, “Himalayan Triptych Reactivated” : mBank Annapurna West Face Expedition – Storm on Annapurna! Burza nad Annapurną! /Version english and polish/

3. Himalayan Trilogy once again, “Himalayan Triptych Reactivated” – atak ma szczyt Annapurny.

4. Himalayan Trilogy once again, “Himalayan Triptych Reactivated” – Ama Dablam

5. “Himalayan Triptych” Reactivated : mBank Annapurna West Face Expedition is on! /Version english and polish/

6. Himalayan Trilogy once again. Tryptyk Reaktywacja. /Version english and polish/

goryonline.com

** zapraszam na relacje z wypraw polskich himalaistów.

AddThis Feed Button

zapraszam do subskrypcji mego bloga

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: