Szczelina – historia Piotra Morawskiego.

Tekst poniżej przedstawiony, “Szczelina – historia Piotra Morawskiego” to obszerne fragmenty artykułu “Śmierć człowieka gór”, który opublikowano na portalu http://www.sports.pl.

Autor : Marek Wawrzynowski.

Szczelina – historia Piotra Morawskiego
Czy ja wyglądam na wdowę? – pyta Olga Morawska. Na spotkanie przyszła z 2-letnim synem Gustawem. Starszy o 2 lata Ignacy pojechał gdzieś z wujkiem. morawskiOlga zapewnia, że tak jest lepiej, bo gdyby byli obaj, „roznieśliby knajpę na strzępy”. A tak skończyło się na jednej zbitej solniczce i jednej zaginionej. Odnalazła się kilka dni później w domu.

Chłopcy powoli zaczynają rozumieć, co to znaczy, że tata poszedł do nieba. Coraz częściej o nim rozmawiają. Gdy zapytali po raz pierwszy, z trudem powstrzymała szloch.

Zadzwonię do ciebie jutro…
– Gardło się ścisnęło. Łzy napłynęły do oczu… ale pomyślałam sobie, że jak ja zacznę płakać, to oni przestaną pytać o Piotrka. A mnie zależy, żeby pamiętali, żebyśmy o tym mówili. Zacisnęłam zęby i odpowiedziałam – opowiada Olga. Chłopcy nabrali śmiałości. Ignacy zapytał ostatnio, czy w niebie tata chodzi w czapce. Odpowiedziała, że oczywiście, przecież chłopaki zawsze chodzą w czapkach.

– Ignacy często opowiada jakieś historie, przypomina sobie, co robił z tatą. Zawsze to są prawdziwe historie, ma świetną pamięć. „A pamiętasz mamo, jak wracaliśmy z tatą z przedszkola i ciebie spotkaliśmy?”, „A pamiętasz, jak tata przywiózł naszego kota Marmurkę?” – cytuje Olga.

Jej samej pogodzenie się ze śmiercią Piotra nie przyszło łatwo. Przez kilka dni nie wierzyła. Nawet gdy było to wydarzenie dnia w telewizji… Nie przekonał jej nawet telefon z kondolencjami z Kancelarii Prezydenta. Gdy leciała do Nepalu, była przekonana, że zastanie go na lotnisku.

– Oglądałam film o Wandzie Rutkiewicz. Jej matka myśli, że córka jest gdzieś w klasztorze w Himalajach. Pomyślałam sobie wtedy: „No tak, to stara kobieta”. I teraz to spotkało mnie… – mówi.
Gdy wylądowała na lotnisku w Katmandu, szukała wzrokiem Piotra. Nie było go. Naprzeciwko wyszedł tylko Peter Hamor, jego partner.
– Wtedy zrozumiałam, że Piotr naprawdę nie żyje. Chciałam umrzeć na tym lotnisku – mówi.

Kochanie, zadzwonię do ciebie jutro z bazy, może się uda pogadać dłużej” – to był ostatni sms, jakiego wysłał.

Poznali się na imprezie w podwarszawskich Łomiankach. Przypadli sobie do gustu być może dlatego, że mieli wspólną pasję. Uwielbiali podróże. Na pierwszą wspólną wyprawę pojechali do Karpacza. Autostopem. W Karkonoszach nie dopisywała pogoda, dlatego spakowali plecaki i ruszyli dalej, trochę na oślep. Wylądowali… w Barcelonie. Piotr jechał z uczelni na konferencję, później zostawał i zwiedzali. Grecja, Dania, wyprawa stopem z Pekinu do Szanghaju, na pół roku na stypendium do Durbanu. Oświadczył się na Nord Capie.

Piotr w latach 90. chodził trochę po Tatrach, ale potem zajęła go całkowicie kariera naukowa. Wrócił w góry dzięki żonie. – Czytałam te wszystkie książki o Wandzie Rutkiewicz, o Zawadzie, chodziłam na spotkania z wielkimi alpinistami, Leszkiem Cichym czy Krzysztofem Wielickim… zaczęłam mu mówić: „Skoro tak ciągle myślisz o tych górach, to dlaczego do tego nie wrócisz?”.

100 dolarów nie chodzi piechotą
Dwa miesiące przed ślubem, z ciekawości, poszedł na spotkanie Klubu Wysokogórskiego Warszawa. Planowano wyjazd na siedmiotysięczny Chan Tengri. Ustalano szczegóły transportu z bazy wojskowej Majda Adyr do bazy, z której zamierzano przypuścić atak. W dyskusję włączył się chłopak z drugiej strony sali. Zapytał, czy zamiast lecieć do bazy helikopterem, nie lepiej przejść się na piechotę. Dla rozruszania kości. Różnica jest taka, że śmigłowcem leci się 20 minut, a na piechotę idzie 4 dni. Ale idąc, nie potrzebujesz aklimatyzacji… Wszyscy spojrzeli z politowaniem. Bez przesady, to żaden argument, żeby nie dopłacić tych 100 dolarów za śmigłowiec.

– To co, nikt się nie pisze? – zapytał chłopak. Piotrek podniósł rękę. Poszli we dwóch. Tak spotkał się z Marcinem Kaczkanem, z którym pracował na Politechnice Warszawskiej. Ich pokoje dzieli 100 metrów, a jednak nigdy wcześniej o sobie nie słyszeli. Podczas wędrówki trochę się poznali. Narzucili ostre tempo, zamiast czterech dni szli trzy.

– Gdy wchodzisz coraz wyżej, objawiają się coraz to nowe choroby. A to brzuch boli, a to głowa… a Piotrek miał taką postawę, że poboli i przestanie. Iść trzeba. To nas łączyło – opowiada Marcin. Na Chan Tengri weszli jako jedyni z całej wyprawy.

Rok później Piotr zderzył się z pierwszą przeszkodą nie do przejścia. Poległ na Piku Pobiedy. – Myślałem, że się zniechęci. W pewnym momencie był zrezygnowany. Bardzo szybko przeszedł w góry wysokie, nie wiedział, że czasami tak jest, że łapiesz kryzysy. Wtedy trzeba je przeczekać – mówi Marcin, który na szczyt wszedł samotnie.

Wakacje na K2

Piotr nie zrezygnował ze wspinania. Któregoś dnia dostali maila od Artura Paszczaka, szefa warszawskiego klubu: „Cześć chłopaki, czy nie mielibyście ochoty spędzić trzymiesięcznych wakacji w temperaturze minus 40?”. Wiadomość była zatytułowana K2. Wyprawę organizował sam Krzysztof Wielicki. Piotrek bardzo chciał jechać, ale bał się powiedzieć żonie. Odpisał: „Sorry, Paszczu, ale Olga i uczelnia”. Rzucił jej jakoś mimochodem, że była fajna oferta, ale z niej zrezygnował. Nie mogła uwierzyć…

– Powiedziałam mu, że jeśli teraz tego nie wykorzysta, to nigdy już takiej szansy nie będzie. Mówiłam do kumpli: „Zobaczcie, miał taką propozycję i odmówił”. Zadzwonił do Krzyśka Wielickiego, zapytać, czy to jeszcze aktualne. Pojechał – wspomina Olga.

Szli z Marcinem w karawanie jako nowicjusze. Myśleli, że będą czyścić buty i nosić plecaki. Okazało się, że są najmocniejsi. Piotrek, Marcin i Kazach Denis Urubko, jeden z najlepszych w swoim fachu. Doszli na wysokość 7630 metrów, wyżej niż ktokolwiek przed nimi. Piotrek przypłacił to utratą palca u nogi. Przez jakiś czas nosił go jako wisiorek.

W drodze powrotnej do bazy Marcin odwrócił się i zobaczył, że ktoś zbliża się do niego ze sporą prędkością. Sylwetka za chwilę stała się wyraźniejsza, to nadbiegał Piotr. Człowiek biegnący na tej wysokości to dość niecodzienny widok… Zapytał: „Czemu biegniesz?” Piotr odparł: „Jeszcze przez godzinę będzie działał środek przeciwbólowy. Muszę w tym czasie zrobić jak największy dystans”. Pobiegli razem.

Piotr zdobył uznanie. Zaczęto wymieniać go wśród obiecujących alpinistów. Drogę do wielkiej kariery utorowało pierwsze zimowe wejście na Sziszapangmę, z Włochem Simone Moro. Pierwsza próba była nieudana. Podczas drugiej przyszła chwila zwątpienia. Kilka dni przed wylotem do Katmandu nadeszła informacja, że góra padła zimą. Uprzedził ich Francuz Jean Claude Lafaille. Za chwilę kolejna wiadomość. Zrobił to jednak poza sezonem i wejście nie zostało zaliczone jako zimowe. Jeśli wejdą, będą pierwsi, przejdą do historii himalaizmu.

Z Simone Moro, jednym z najlepszych obecnie himalaistów świata, porozumiewaliśmy się za pośrednictwem internetu. Znak czasów.
– Nigdy nie było takiej sytuacji, żeby jeden musiał na drugiego czekać. Podczas ataku szczytowego byliśmy naprawdę szybcy. Mimo przeraźliwego wiatru i zimna. Szybki w tych warunkach to znaczy, że możesz zrobić 30-40 kroków bez odpoczynku. To nie był facet, który marudził: „Jestem zmęczony, źle się czuję, jestem głodny, chcę do domu” – napisał nam Simone.

morawski-shisha-new

Wejście na Sziszapangmę zimą zrobiło z Morawskiego gwiazdę świata himalaistycznego. Piotr Pustelnik, słynny zdobywca 13 ośmiotysięczników, zaprosił go na wyprawę na Annapurnę w 2005 roku. Pustelnik to w świecie himalaistów legenda. Na co dzień pracownik BRE Banku. Pracuje na 13. piętrze jednego z łódzkich wieżowców. Ma widok na kominy. Kilka z nich malował, żeby zdobyć fundusze na wyprawy.

Trafiony piorunem

Annapurna to przekleństwo Pustelnika, tylko jej brakuje mu do kompletu czternastu ośmiotysięczników. Pierwsza wspólna wyprawa w 2005 roku nie przyniosła three-peters-newpowodzenia. Zaskoczyła ich pogoda. Podczas drugiej od szczytu głównego dzieliło ich niecałe 100 metrów. Nie weszli. Po drodze natknęli się na chińskiego wspinacza, który doznał ślepoty śnieżnej. Na tej wysokości, bez pomocy, był już właściwie martwy. Zrezygnowali z finiszu, by sprowadzić Chińczyka do bazy.

– Wtedy był w życiowej formie. Miałem świadomość, że jestem dla niego za słaby. Właściwie moja rola skończyła się, gdy skojarzyłem go z Hamorem. Idealnie do siebie pasowali – przyznaje Pustelnik.

Później wszystko przychodziło Piotrowi łatwo, jakby od niechcenia. W 2006 roku z Peterem Hamorem zdobył Czo Oju, podczas tej samej wyprawy samotnie wszedł na Broad Peak. Później z Hamorem i jego rodakiem Dodo Kopoldem wspiął się na Nanga Parbat. I znowu z Hamorem zrobił w fantastycznym stylu trawers Gaszerbrumów (I i II), co dało mu kolejne dwa ośmiotysięczniki do kolekcji i uznanie na całym świecie. Simone Moro uważa, że był coraz bliżej ścisłej światowej czołówki.

– Miał niezwykłą motywację, by spełnić swoje marzenia, stać się sławnym, mieć lepsze życie – uważa Włoch. Ojciec Morawskiego, również naukowiec, nadużywał alkoholu, to nie była bogata rodzina. Piotr bał się o przyszłość swoją i dzieci, lękał się, że pójdzie w ślady ojca. To była jego dodatkowa motywacja. Codzienne treningi na ściance wspinaczkowej, jazda na rowerze, w końcu bieganie… nie jakieś tam, ale bieganie maratonów. Był w życiowej formie.

Podczas kolejnej wyprawy na Annapurnę musieli zrezygnować z powodu załamania pogody. Piotrek napisał żonie sms-a. „Cześć, jesteśmy na 7 tysiącach metrów, właśnie dostałem piorunem”. Kilka godzin wcześniej nie było im do śmiechu. W pewnym momencie znaleźli się w samym środku burzy. Wtedy trzeba zejść na dół, bo błyskawice uderzają zawsze w najwyższy punkt. Pioruny uderzając w powierzchnię, rozpryskiwały się i trafiały odłamkami w Morawskiego, Hamora i Pustelnika.

Wydawało mu się, że jest nieśmiertelny
– To cholernie bolesne. Nie zabija, ale jeśli stracisz równowagę, już po tobie. Szczególnie na Annapurnie, gdzie po jednej stronie grani jest bardzo stromo – mówi Pustelnik. Bali się o życie. Odetchnęli dopiero po 6 godzinach marszu.

To była wyprawa absolutnie niezwykła. Piotr zapamiętał z niej też najbardziej dziwaczne ze swoich spotkań w Himalajach. W pamiętnikach pisał: „Siedzę na grani i patrzę na człowieka, który siedzi obok mnie. Idzie ze mną od samego wierzchołka. Wiem, że go nie powinno tutaj być. Nie powinno być nikogo oprócz mnie. Nie podejdę, bo jest zbyt daleko, a ja jestem zmęczony. Nie ma go tak naprawdę. Wstaję. On też. Schodzimy razem. Kiedy zmęczony wpełzam do namiotu, on zostaje na zewnątrz. Gotuję śnieg na wodę, chwilowo o nim zapominam. Kiedy się wychylam z namiotu, nikogo nie ma”. Później wyglądał czasem tej zjawy na ławce w warszawskim parku.

Na Annapurnie nie udało się. To już trzecie podejście. Trudno. Uda się następnym razem. Simone Moro uważa, że to była kwestia czasu.

– Miał wielkie plany. Chciał wejść na wszystkie ośmiotysięczniki, ale po swojemu, nowymi trasami, trawersami. Jedyne, o co się martwił, to finanse – pisze Simone.

Żeby wyjechać na Dhaulagiri i Manaslu Morawski zapożyczył się u rodziny i znajomych. Będzie sukces, to pieniądze się zwrócą. Proste.

Urszula Domańska-Żelazna, promotor Piotra, jak zwykle przyrządziła mały poczęstunek. Zawsze robiła to przed jego wyprawami w góry. Na Politechnice Warszawskiej wszyscy wiedzieli, który pokój należy do Piotra. Cały wyklejony plakatami i pamiątkami z wypraw, ozdobiony ramami od rowerów, starymi siodełkami. Ze względu na rodzaj wykonywanej pracy na Politechnice nazywali go „wysokociśnieniowcem”. Jego praca miała wykorzystanie przy produkcji kosmetyków. Na uczelni wspierali go i pasjonowali się jego wyprawami, chociaż czasem narzekali, że za bardzo zaniedbuje pracę naukową. Ale Piotr nie wiązał z karierą naukową przyszłości. – Chciał żyć z robienia zdjęć i z prelekcji. Związać swoje życie z górami – mówi Pustelnik.

Zdjęcia to była jego pasja. Na każdą wyprawę zabierał aparat, zeszyt i długopis. Wszystko notował. Prowadził dziennik. Sam siebie nazywał grafomanem. Wchłaniał niezwykle szybko wiedzę. Na jednej z wypraw w dwa dni przeczytał „Wahadło Foucaulta” Umberto Eco. Tyle samo zajęło mu przeczytanie „Historii Europy” Normana Daviesa. Wrzucał na uszy słuchawki, włączał „Pink Floyd”, „Led Zeppelin” albo jakąś elektroniczną muzykę i czytał. Był warszawiakiem i kochał stolicę, wręcz się nią pasjonował. Wolny czas spędzał, odkrywając nowe miejsca w swoim mieście, by później pokazać je znajomym.

Dhaulagiri. Właściwie żadne wielkie wyzwanie dla kogoś takiego jak Morawski. Razem z Hamorem chcieli tę górę zdobyć niejako przy okazji. Może nawet ją zlekceważyli…

– Góra jak każda inna, nie chciałbym umniejszać jej znaczenia, ale mieliśmy tu się tylko przygotować do wyprawy na Manaslu – mówi Hamor. Spotykamy się w Popradzie, w hotelu o tej samej nazwie. Niedaleko dworca autobusowego. Pustelnik mówi, że Peter i Piotr byli od siebie niemal uzależnieni. Stworzyli doskonały duet.

Tego dnia schodzili z drugiego obozu do bazy. Biegli po płaskim odcinku, który przypomina gigantyczne boisko piłkarskie. Hamor na chwilę się pochylił. Gdy podniósł głowę, Piotra już nie było. „No tak, szczelina” – pomyślał.

Każdy himalaista kilka razy w życiu wpada w szczelinę. Nic specjalnego. Piotr wpadł w taką z gatunku najgorszych. Zabójczy 25-metrowy lejek. Zakleszczył się. Znalazł się między dwiema bryłami lodu. Hamor wezwał pomoc i zjechał do niego. Czas uciekał. W pewnym momencie dotarło do niego, że wygląda to dramatycznie. W tych warunkach najlepsi himalaiści umierają po godzinie z wyziębienia organizmu. Piotr był uwięziony już trzecią… Wytrzymał kilkakrotnie dłużej niż w tych warunkach mógłby wytrzymać przeciętny człowiek.

– Nie mogłem nic zrobić, tylko pilnować, żeby nie stracił świadomości. Gadaliśmy. To była taka rwana rozmowa, „Trzymaj się, dasz radę, musisz wytrzymać”. Nie pozwoliłem mu się żegnać. To by oznaczało, że się poddał – mówi. Po trzech godzinach z bazy dotarła ekipa. Wyciągnęli Piotra. Hamor wjechał po kilku minutach na górę i zobaczył, że lekarz płacze… Zrozumiał, że to koniec.

– Piotr był jak tur, torował drogę, niezwykle silny – mówi Hamor. W starciu z górami nawet ten, wydawałoby się nadczłowiek, musiał jednak polec. Okrutne jest to, że stało się to w tak banalnych okolicznościach. Na tym prostym, ale jednak niezwykle podstępnym terenie zlekceważył zasady bezpieczeństwa. Jakby zapomniał, że chodzenie po górach to coś zupełnie innego niż zwykłe przejście przez pasy. Olga mówi: „Wydawało mu się, że jest nieśmiertelny”. W końcu nigdy nic poważnego mu się nie stało. Jeśli nie liczyć odmrożonego palca, właściwie nie miał choćby najmniejszego wypadku.

Olga Morawska powoli dochodzi do siebie. Właśnie wróciła z Nepalu. Pod Dhaulagiri postawiła pamiątkowy czorten i wmurowała tablicę. Jest pełna zapału. Przygotowuje się do napisania książki o Piotrku. Chce wykorzystać jego zapiski. Rozmawia też w sprawie filmu dokumentalnego.

* Źródło : – Śmierć człowieka gór

* strona domowa himalaisty : – http://www.piotrmorawski.com/

** Zobacz też :

Breaking news: Piotr Morawski lost on Dhaulagiri. Piotr Morawski zginął na Dhaulagiri. /Version english and polish/

Piotr Morawski zginął na Dhaulagiri – sprawozdanie z wypadku. POMÓŻMY RODZINIE PIOTRA.

Piotr Morawski the famous Polish climber. /Version english and polish/

*** posty o innych wyprawach kliknij : Piotr Morawski

goryonline.com

** zapraszam na relacje z wypraw polskich himalaistów.

AddThis Feed Button

zapraszam do subskrypcji mego bloga

Advertisements

2 Responses

  1. Naprawdę ciekawy tekst, pokuszę się o przeczytanie reszty.

  2. Thanks for the auspicious writeup. It actually was a enjoyment account it. Glance complex to far delivered agreeable from you! However, how could we communicate?

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: