Korona Ziemi dla Martyny Wojciechowskiej – Carstensz Pyramid 2010 cz.2.

Martyna Wojciechowska zdobyła Koronę Ziemi!!

Dnia 22 stycznia 2010r., Martyna Wojciechowska, wylądowała helikopterem w bazie pod Piramidą Carstensz i od razu  wyruszyła na szczyt. Droga zajęła jej 5 godzin, oficjalnie stanęła na szczycie Piramidy Carstensz o godz. 14:30 czasu lokalnego, czyli 6:30 AM czasu polskiego.

Cała droga z namiotu i z powrotem niecałe 10 godzin, bez aklimatyzacji. Martyna Wojciechowska weszła na Carstensz Pyramid, najwyższy szczyt Australii i Oceanii, a tym samym ostatni – dla niej – szczyt zaliczany do Korony Ziemi.

To wielki sukces ! Serdecznie gratulujemy !

Jest drugą Polką, po Annie Czerwińskiej, której udało się to osiągnąć. Wprawdzie Urszula Tokarska zdobyła też Koronę Ziemi, ale w łatwiejszej wersji, wg tzw. listy Richarda Dicka Bassa. Oznacza to, że zdobyła i uznała za najwyższy szczyt Australii i Oceanii Górę Kościuszki (2228m). Tak czy inaczej, trzy Polki zdobyły Koronę Ziemi. Dwie wg trudniejszej listy Reinholda Messnera (Anna Czerwińska i Martyna Wojciechowska), który na listę najwyższych szczytów kontynentów Ziemi wpisał Elbrus i Carstensz Pyramid, a jedna wg listy Bassa. Richard Bass – amerykański biznesmen i miłośnik gór – jako pierwszy człowiek postanowił zdobyć Koronę Ziemi i dokonał tego wchodząc 30.04.1985 roku na Mount Everest.

Dla Martyny Wojciechowskiej, zdobywanie Korony Ziemi zaczęło się w 2003 roku, od najwyższej góry Afryki Kilimandżaro. Oto siedem diamentów jej Korony:

Nazwa szczytu Wysokość Kontynent Data
1. Kilimandżaro 5895 Afryka 26.02.2003
2 Aconcagua 6962 Ameryka Płd 11.02.2006
3 Mt. Everest 8848 Azja 18.05.2006
4 Mount McKinley 6194 Ameryka Pn. 11.06.2007
5 Elbrus 5642 Europa 29.08.2007
6 Masyw Winsona 4897 Antarktyda 02.01.2009
7 Carstensz Pyramid 4884 Australia i Oceania 22.01.2010

* Korona Ziemi (ang. Seven Summits)

Martyna Wojciechowska – Carstensz Pyramid 2010 :
relacje z wyprawy cz.2.

W niedzielę, 17.01. 2010, Martyna Wojciechowska wyruszyła z Warszawy by zdobyć ostatni szczyt Korony Ziemi. 22 stycznia 2010 – MARTYNA NA SZCZYCIE PIRAMIDY CARSTENSZ!!

Początkowo mieliśmy trochę pod górę… dosłownie i w przenośni🙂 Problem z wylotem z Nabire, lokalna ludność groziła, że zablokuje helikopter, więc musieliśmy przekraść się o 5 rano na pokład, ale na szczęście udało nam się wystartować. Potem z kolei negocjowaliśmy nadbagaż… W kółko coś. W końcu, z jednym międzylądowaniem dotarliśmy do bazy pod Piramidą Carstensz. Jak tylko wysiedliśmy z helikoptera, Robert rzucił, że właściwie to będziemy się od razu aklimatyzować i możemy wyruszać na szczyt. Powiem szczerze, że byłam sceptycznie nastawiona do tego pomysłu… Ludzie zwykle wychodzą na atak szczytowy o 3 nad ranem. Ale ruszyliśmy…
Do tyrolki wszystko szło nadzwyczaj dobrze. Właściwie to założyliśmy, że będziemy się aklimatyzować i jeżeli wszystko pójdzie dobrze poważnie rozważymy atak. Ja jednak rozważałam go trochę mnie poważnie niż Robert, przynajmniej na tamtą chwilę… Pogoda była niesamowita – mieliśmy wszystko: słońce, chmury, mgłę, deszcz, śnieg… Byliśmy sami, bez guida. Wydawało się, że za tyrolką to już blisko, ale okazało się, że wcale nie. Dopadł mnie kryzys, byłam wściekła, właściwie to miałam ochotę położyć się i umrzeć. Mówiłam, że nie wejdę, że nie mam siły. Przejścia rzeczywiście nie należą do przyjemnych. Poza samą tyrolką jest kilka przepaści. Wygląda to tak, że między jedną, a drugą skałą jest przerwa, 100 metrów w dół i aby przedostać się na drugą stronę trzeba przeskoczyć z jednej na drugą… Ot tak, zrobić krok. Wymaga to dużej odporności psychicznej… Ale jak to po każdej burzy – przychodzi słońce. Gdy tylko zobaczyłam szczyt, dostałam skrzydeł. Adrenalina była niesamowita. Prawie tam wbiegłam, popłakałam się jak szalona. Droga zajęła nam 5 godzin, oficjalnie stanęłam na szczycie Piramidy Carstensz o godz. 14:30 czasu lokalnego, czyli 6:30 AM czasu polskiego. Cała droga z namiotu i z powrotem niecałe 10 godzin, bez aklimatyzacji. Chcieliśmy zdążyć przed chorobą wysokościową, która na pewno by nas dopadła, stąd ta szybka decyzja o atakowaniu szczytu.
Niepodważalnie był to jeden z najlepszych dni w moim życiu! Rewelacyjna wspinaczka, wyjątkowo dobra forma (poza półgodzinnym kryzysem). Mimo że nie jadłam już 24 godziny i prawie nie piłam – jestem w super formie. To zdecydowanie jedna z najlepszych Gór! Gdyby teraz ktoś zapytał mnie, co czuje osoba, która stanęła na ostatnim szczycie w Koronie Ziemi odpowiedziałabym, że… jest głodna i chce jej się pić :-)  Najwyraźniej w najważniejszych chwilach wszystko sprowadza się do najprostszych rzeczy :-)  Dziękuję, że byliście ze mną!

21 stycznia 2010 – Nabire

Dzień w Nabire upłynął nam spokojnie. Miejscowość jest niewielka i nie spotkałam tu ani jednego turysty czy choćby białego człowieka! Świadczy o tym najlepiej baza hotelowa – pięć gwiazdek to to nie jest… Prądu zwykle nie ma, bieżącej wody też, ale nie narzekamy! Z uwagi na kolor skóry wzbudzamy dużą ciekawość i po raz pierwszy zdarzyło mi się, że “lokalesi” podchodzą do mnie, żeby się sfotografować na pamiątkę🙂 Teraz już wiem, jakie to uczucie… Póki co jednak, ja i Robert też robimy sporo zdjęć i staram sie Wam coś wysłać, bo od jutra będę miała z Polską kontakt wyłącznie przez telefon satelitarny.

Chodzę, zwiedzam, poznaję ludzi, zagaduję… To jest to, co lubię najbardziej! Nawet zakupy świeżych owoców i warzyw na wyprawę stały się okazją do zawarcia znajomości z przesympatyczną właścicielką straganu i jej córeczką. Odwiedziłam też szkołę w Nabire, bo dzieciaki na całym świecie są zawsze najfajniejsze – szczere, uśmiechnięte, otwarte. Opowiedziały mi, czego się uczą, jak spędzają czas, jakie mają marzenia. Na szczęście niemal każda z dziewczynek z tego zdjęcia marzy o skończeniu studiów… Na szczęście chcą też wyjechać z Nowej Gwinei, bo nie widzą tu perspektyw. W tym regionie nie ma zbyt wiele możliwości pracy – ruch turystyczny tu nie istnieje, komunikacja z resztą kraju jest kiepska. Ludzie żyją z handlu lub pracują w kopalniach złota. Większość zysków wędruje jednak do kieszeni Amerykanów, a ci niezbyt chętnie dofinansowują wyspę… I tak koło się zamyka…

Znowu problemy… Przyszli przedstawiciele lokalnej ludności i pytają, dlaczego lecę helikopterem, a nie idę przez dżunglę… Gdybym szła przez ich teren, musiałabym zapłacić mnóstwo łapówek co kilka kilometrów i wszyscy byliby zadowoleni. A tak – nie chcę im płacić haraczu… Więc ich zdaniem nie polecę wcale, bo zamierzają blokować helikopter od rana😦 A ja po prostu nie mogę pozwolić sobie na przedzieranie się przez dżunglę, bo nie mam aż tyle czasu – zostawiłam w domu małą Marysię! Poza tym mam mnóstwo obowiązków w National Geographic i muszę jak najszybciej wracać… Kiedyś możliwe było przejście przez kopalnię złota, ale obecnie jest zamknięta do odwołania, więc wybrałam jedyną i najbezpieczniejszą opcję… Zrobiłam sobie z nimi zdjęcie na zgodę, ale raczej to nie pomoże. Planujemy zapakować bagaż w nocy i wystartować ok. 5 rano, tuż przed świtem, licząc na to, że nie zdążą nas zatrzymać. A zatem – trzymajcie kciuki!!!

20 stycznia 2010 – Przygód ciąg dalszy

Póki co wyprawa nie jest zbyt męcząca… W Jakarcie na lotnisku mieliśmy tyle wolnego czasu, że postanowiliśmy pójść do SPA na jawajski masaż. Okazało się, że drobnej budowy Jawajka miała tyle siły, że omal nie połamała mi kręgosłupa! Poza tym, to bodaj najweselszy wyjazd górski w moim życiu🙂 Robert jest doświadczonym wspinaczem i facetem, który do wszystkiego (także do siebie) ma dystans, więc żartujemy niemal cały czas. Wiemy, że przed nami konkretny, trudny cel do osiągnięcia, ale dopóki możemy, to nie zadręczamy się myśleniem o tym, tylko ładujemy akumulatory i staramy się dobrze bawić. Jeszcze przyjdzie czas na wysiłek i zmęczenie…

Ps. Załączam zdjęcie moich nowych butów. Kupowałam je dość abstrakcyjnie – wysłałam Robertowi faxem obrys mojej nogi, a on przesłał go dalej, do sklepu w Austrii. O dziwo – pasują! Są super wygodne i ultralekkie. W tych butach mogę nawet pofrunąć na szczyt Carstensza!

Półtoragodzinny lot z Biak do Nabire przebiegł bez większych zakłóceń. Poza tym, że spóźnił się 4 godziny!!! No i podczas lądowania… wypadło na mnie okno… Na szczęście tylko jedna, wewnętrzna część🙂 Uff… Od razu zrobiło się bardziej przewiewne. Może to i lepiej, bo temperatury sięgają tu 30 stopni! Po polskiej zimie to niezły szok termiczny🙂

No i znowu oczekiwanie… Doprawdy Góry wymagają ogromnej cierpliwości! Okazało się, że jutro nie polecimy w kierunku Carstensza, bo “piloci maja obowiązki względem lokalnej ludności”… To znaczy, że lokalni nie bardzo lubią tu białych🙂 Ogólnie rzecz ujmując – sytuacja na Nowej Gwinei jest napięta. Nieustannie trwają walki plemienne, politycznie sytuacja jest niestabilna i lepiej samemu nie zapuszczać się zbyt daleko w głąb tego regionu. Powód? Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Miejscowi wierzą, że każdy, kto tu przyjeżdża, planuje ukraść i wywieźć stąd ich złoto. A trzeba przyznać, że jest to zagłębie tego skarbu – zdarzają się bryły po 3 kg wagi!!! Próby tłumaczenia, że chcemy tylko zdobyć Piramidę Cartensz – zupełnie do nich nie trafiają. “Wspinać się na górę? A po co? Przecież to głupie i pozbawione sensu… Dziwni są ci biali ludzie” – odpowiadają miejscowi i nie ustają w podejrzeniach… Póki co, poznałam juz pilota śmigłowca, który w bliżej nieokreślonym czasie przetransportuje nas do Bazy pod Carstenszem… A zatem – trzymajcie kciuki za pogodę i… dobry humor pilota🙂

20 stycznia 2010 – Lot za lotem, czyli coraz bliżej Base Campu

Biak to już niemal kraniec świata… Dotarliśmy tu o 5 nad ranem po całej nocy w samolotach. Trzy godziny snu i znów jesteśmy na lotnisku, gdzie pakujemy się do małego Twin Ottera. Za około godzinę będziemy na Nowej Gwinei. Wow!
Nasz limit bagażu na lot do Nabire to 10 kg na głowę, mamy go razem 50 kg – liny, namioty, śpiwory, jedzenie… Robert uparł się jednak, że nie będzie płacił! Założył na siebie cały strój wspinaczkowy, w bagażu podręcznym ma chyba 20 kg, a w pasie… owinął się stumetrową liną! Mam nienormalnego partnera wspinaczkowego🙂 Ratunku!
Jeśli twierdziłam, że Vinson jest najtrudniej dostępną górą, to właśnie zmieniłam zdanie… Warszawa, Amsterdam, Kuala Lumpur, Jakarta, Makassar, Biak, Nabire i jeszcze ten helikopter… Póki co, pogoda jest jednak niezła, nikt nas nie próbował zjeść, a nastroje wyjątkowo nam dopisują!

19 stycznia 2010 – Jakarta, part II

Jakarta jest tłoczna, głośna i raczej mało urodziwa… Czyli nic się nie zmieniło od kiedy tu byłam po raz ostatni🙂 Wczoraj wieczorem upal był niesamowity, dziś słońca nie ma za to wilgotność powietrza sięga chyba 90% i co chwile pada. Po prostu w ciągu minuty jest ściana deszczu a potem cala woda paruje i jeszcze ciężej jest oddychać… No, ale czas się przyzwyczajać! W końcu taka pogoda jest właśnie na Nowej Gwinei🙂 Tylko wspinaczka po wapiennej ścianie w strugach deszczu nie jawi mi się atrakcyjnie…

Robert jest najbardziej zgodnym partnerem wyprawowym jakiego miałam – póki co działamy jak świetnie zgrany zespół. Dzisiaj planujemy raczej odpoczywać i aklimatyzować się do temperatury wiec trochę zwiedzamy, piszemy maile, jemy i śpimy… Uff, doprawdy ciężka ekspedycja🙂 Wieczorem odlatujemy na wyspę Biak, więc będziemy bliżej Nowej Gwinei
i mojej wymarzonej Góry! Hurrra!

Dziękuję wszystkim za maile i słowa wsparcia! Dzięki Wam chyba pofrunę na ten szczyt!!! Buziaki!

18 stycznia 2010 – Jakarta, part I

Z międzylądowaniem w Kuala Lumpur dotarliśmy do Jakarty. 30 stopni upału, choć już zapada zmierzch… Ale odmiana po tej polskiej zimie… brr… Zgodnie z planem spotkaliśmy się z Robertem w Amsterdamie i mimo że nie widzieliśmy się od roku, to czuje się jak ze starym przyjacielem. Poza tym jestem już podekscytowana wyprawą i czekającą nas Przygodą. To naprawdę niesamowite uczucie stać u progu spełnienia Marzenia…

17 stycznia 2010 – Wylot

Tego typu wyjazdy nigdy nie należą do łatwych, ale jak się coś zaczęło, należy to zakończyć. Spakowana, pełna optymizmu i nerwów dotarłam na lotnisko. Szybka odprawa, sok ze świeżych owoców, kawa, finalne ustalenia z moimi dziewczynami na czas mojej nieobecności i… witaj przygodo🙂

Najpierw Amsterdam, gdzie spotykam się z Robertem, potem Jakarta.

* poniżej fotogaleria zdjęć z wyprawy :

* Źródła: – www.martynawojciechowska.pl
http://www.maps.google.com
Archiwum HiMountain

** Related Links :  –  Seven Summits

Korona Ziemi dla Martyny Wojciechowskiej – Carstensz Pyramid 2010 cz.1.

* Previous story :

Banff Mountain Film Festival World Tour Teaser Video.

Dhaulagiri 1960-2010: 50 years anniversary special.

Summit Day on Mt Everest – amazing video.

Interview with Dave Hahn.

The Deadly Side of Everest.

The Conquest of Everest – 1953 style : amazing video.

Everest 2010 season – Expeditions with any British Teams or Britons.

Everest 2010: An Interview with Phil Crampton of Altitude Junkies.

ExplorersWeb Year 2009 in Review: Farewell to friends.

Alan Arnette’s Everest 2010 Coverage Begins, Double Traverse Announced!

Everest Spring 2010 preview: Kaltenbrunner & Dujmovits.

How Much Does It Cost To Climb Mt. Everest?

*  Polish Himalayas – Become a Fan

goryonline.com

** zapraszam na relacje z wypraw polskich himalaistów.

AddThis Feed Button


zapraszam do subskrypcji mego bloga

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: