Video: Skier Falls into a Crevasse, Records it All on GoPro.

Ever wonder what its like to fall into a crevasse? If so, this video will help quell that curiosity. It features skier Jamie Mullner, who fell into a big crevasse while skiing this past December. Fortunately for him he had his GoPro recording and everything turned out okay, but it is a bit of a scary situation, especially as his friends work to find him and get him out. Definitely a place that most of us want to avoid. Check it out below.

Autor : Kraig Becker

* source: – Video: Skier Falls into a Crevasse, Records it All on GoPro

** see also: – https://himalman.wordpress.com/category/video/

AddThis Feed Button


Piotr Pustelnik: Przesuwanie granicy akceptowalnego ryzyka.

Naturalną reakcją na duże ryzyko jest dążenie do jego maksymalnego ograniczenia. Są jednak sporty, w których ryzyka uniknąć się nie da, a czasem wręcz trzeba świadomie akceptować wyższe ryzyko, by osiągnąć cel.  Jeden z najbardziej doświadczonych himalaistów na świecie Piotr Pustelnik uważa, że w jego ekstremalnym sporcie kluczem do pokonania ryzyka jest zarządzanie emocjami ludzi podejmujących decyzje w warunkach zagrożenia.

Przesuwanie granicy akceptowalnego ryzyka.

Piotr Pustelnik

Wspinam się od ponad 30 lat. Najpierw w Tatrach, potem w Alpach, Dolomitach i Palmirze, dziś w Himalajach i Karakorum.  Wszedłem na 13 z 14 najwyższych szczytów świata. Tylko krok dzieli mnie więc od zdobycia Korony Himalajów – wszystkich ośmiotysięczników, stanowiących najwyższy i zwykle niedościgły cel każdego himalaisty. Można mnie spokojnie nazwać weteranem himalaizmu.

Mimo doświadczenia i osiągnięć, tak 30 lat temu, jak i dziś, w noc przed każdym wejściem odczuwam strach.  Ryzyko śmierci lub kalectwa jest dla mnie aż nadto realne. W końcu kilku moich dobrych znajomych zginęło podczas wspinaczki, sam też otarłem się kilkakrotnie o śmierć.  Moje negatywne doświadczenia mają potwierdzenie w statystyce: do 2005 roku na stosunkowo niski ośmiotysięcznik, Annapurnę, weszły 103 osoby, zginęło – 56. Z kolei w jednym tylko sezonie 2008 inny trudny szczyt – K2 – pochłonął aż 11 himalaistów (a nie był to sezon rekordowy pod względem wypadków śmiertelnych).

Naturalną reakcją na tak duże ryzyko jest dążenie do jego maksymalnego ograniczenia lub jego unikanie.  W moim sporcie nie mogę jednak poddać się wyłącznie  instynktowi samozachowawczemu, bo szybko wypadnę z gry.  Rywalizacja jest ostra, grono sponsorów małe, a okres dobrej pogody na wspinaczkę krótki.   Aby iść do przodu i osiągnąć cel, muszę to ryzyko podejmować, oswajać je i stopniowo przesuwać jego granice.  Wsparcie techniczne, któremu poświęca się zwykle dużo uwagi i na które się tak liczy, pomaga mi w tym tylko trochę. Jest przy tym drogie, czasochłonne, a bywa i zawodne.  Znacznie lepsze efekty w godzeniu dużego ryzyka z osiąganiem coraz wyższych celów przynosi zarządzanie emocjami ludzi, którzy podejmują decyzje w warunkach zagrożenia. Doświadczenie uczy mnie, że na emocje te mają wpływ przede wszystkim trzy czynniki: przywództwo, dobór członków zespołu, oraz sposób dochodzenia do celu.

Ryzyko a himalaizm sportowy

Zanim omówię powyższe czynniki i możliwości łączenia ryzyka z rozwojem, muszę wyjaśnić, z jakiego rodzaju ryzykiem mam w ogóle do czynienia.

Na czym polega himalaizm sportowy. Wspinaczki w Himalajach mają dwa oblicza.  Jedno ma charakter masowy.  To duże wyprawy komercyjne, organizowane za pieniądze uczestników.  Kilkanaście osób o różnym doświadczeniu wspina się z uznanym przewodnikiem po jednym z kilku utartych szlaków.  Z tej formy wysokogórskiej „turystyki” korzysta rocznie (głównie w lecie) po kilkaset osób. Dzięki temu najwyższa góra świata Mount Everest została już zdobyta przez około trzy tysiące osób.  Obok tych potoków ludzkich wspina się w Himalajach wąskie grono 20-30 sportowców.  W małych, 2-4 osobowych zespołach, wytyczają nowe, trudne szlaki ścianami wysokich szczytów, niekiedy robiąc to w najtrudniejszym do wspinaczki okresie – zimą.  Jeśli już decydują się iść odkrytą wcześniej drogą, to tylko wtedy, gdy jest to jedno z pierwszych kilku wejść w historii.  Aby zwiększyć szybkość zespołu i wartość sportową przejścia, niektórzy ograniczają do minimum ilość dźwiganego sprzętu wspinaczkowego i biwakowego, i – zamiast zatrudniać tragarzy – przenoszą go sami na własnych plecach.  Nie korzystają z butli tlenowych, nie zakładają obozów pośrednich, z rzadka zakładają liny zabezpieczających trudniejsze odcinki prowadzonej drogi.  Jednym słowem, sportowi himalaiści wspinają się tam, gdzie inni jeszcze nie byli lub rzadko bywają, często w czasie, w którym inni boją się iść, czasami w sposób, który wymaga nadzwyczajnej odwagi i wydolności.

Cele himalaistów są te same od lat.  Najwyższy to Korona Himalajów – 14 najwyższych szczytów świata, ośmiotysięczników.  Dla innych alpinistów ważne i znacznie bardziej dostępne to: Korona Ziemi (najwyższe szczyty wszystkich siedmiu kontynentów) i Koronka Ziemi (drugie co do wysokości szczyty kontynentów). Cele te różnią się zasadniczo skalą trudności: o ile Koronę Himalajów zdobyło dotąd tylko 14 osób na świecie, o tyle Koronę Ziemi już ponad 140.  Różne stopnie trudności istnieją też w ramach poszczególnych celów. W przypadku Himalajów, znajdują się zarówno góry prawie dziewięciotysięczne, ale ze stosunkowo łatwymi do wejścia drogami i poręczówkami po starych wyprawach, jak i góry ledwo ośmiotysięczne, ale o drogach bardzo trudnych .  Stopień trudności zależy od tego, czy na drodze ku szczytowi można spotkać głębokie uskoki popękanych brył lodu, nad którymi trzeba przejść po drabinie, kruche uskoki skalne, zdradliwe, pionowe ściany, ostre, długie granie lub zbocza śnieżne. Jednym słowem, w ramach himalaizmu sportowego możliwe są cele o różnym stopniu trudności i ryzyka. Zawsze jednak to ryzyko jest, i to duże.

Źródła ryzyka. Ryzyko w himalaizmie sportowym pochodzi z trzech źródeł: z rzeźby terenu, z pogody i z ludzi.  Najbardziej przewidywalnym źródłem jest rzeźba terenu, czyli wspomniane wcześniej stałe, naturalne bariery w ukształtowaniu gór.  Przy mniejszym doświadczeniu lub nieuwadze, himalaista może wpaść w lodową szczelinę lub odpaść od pionowej ściany.  Te niebezpieczeństwa są jednak przeważnie precyzyjnie zlokalizowane przez poprzednie wyprawy i widoczne gołym okiem.

Gorzej bywa z ryzykiem wynikającym z pogody. Ta bowiem potrafi zmienić się z godziny na godzinę, a czasem wręcz w ciągu kilku minut. Najwięcej czasu na przygotowanie się dają kłębiące się ciemne chmury, które po kilku godzinach mogą przynieść huraganowy wiatr o prędkości ponad 100 kilometrów na godzinę. Wchodzenie wtedy na ostrą grań albo atakowanie szczytu grozi śmiercią. Wywołana wiatrem zamieć może dodatkowo prowadzić do braku widoczności i niespodziewanej lawiny.  Brak widoczności i dezorientacja w terenie znacznie zwiększają wtedy ryzyko poślizgu, czy upadku. Zdarzało mi się również uciekać przed nagłą nawałnicą piorunów – tak było choćby podczas mojej ostatniej wyprawy na Annapurnę w 2008 roku, gdy pioruny wielokrotnie smagały moje ciało podczas szybkiej ucieczki w dół.  Mówiąc o pogodzie, muszę jeszcze wspomnieć o temperaturze.  Ta również potrafi spaść nagle – nawet do minus 30 stopni. Grozi to oczywiście odmrożeniami rąk i przede wszystkim nóg.  Wielu moich kolegów przeszło z tego powodu amputację palców (która nie przeszkodziła im jednak wspinać się dalej).

Wreszcie trzeci obszar ryzyka – ludzie.  Tu, wbrew pozorom, przewidywalność niebezpieczeństwa jest najniższa.  Niebezpieczeństwo kryje się bowiem w trudnych do powstrzymania naturalnych reakcjach organizmu.  O ile ogromna wydolność organizmu pozwala niektórym wspinaczom (choćby Reinholdowi Messnerowi, zmarłemu Jerzemu Kukuczce, czy Krzysztofowi Wielickiemu) wchodzić na najtrudniejsze wierzchołki bez wspomagania tlenem, bez tragarzy i bez aklimatyzacji do nowej wysokości, o tyle wielu nawet doświadczonych i wytrenowanych himalaistów potrafi w takich warunkach nagle opaść z sił. Szczególnie, jeśli bez długiej aklimatyzacji znajdą się w tzw. „strefie śmierci”, czyli strefie powyżej siedmiu tysięcy metrów, gdzie organizm nie jest w stanie zregenerować się po najmniejszym choćby wysiłku. Z kolei w przypadku zamieci i mgły wielu wspinaczy traci orientację, a na widok ostrej grani, dużej otwartej przestrzeni lub głębokiej szczeliny lodowej doznaje ataku strachu i paniki, które uniemożliwiają im dokonanie choćby jednego kroku naprzód (żeby nie było wątpliwości, ja też miałem takie ataki paniki, i to całkiem niedawno). Kiedy z kolei himalaistę uwięzi lawina, zamiast szukać różnych sposobów ratunku, może popaść w apatię, rezygnację lub brak decyzyjności. Poza reakcjami psychicznymi powodem takich zachowań jest również naturalne na dużych wysokościach fizjologiczne gęstnienie krwi.  Trudna do powstrzymania jest również inna reakcja fizjologiczna – ślepota śnieżna.  W wyniku intensywnej i długotrwałej ekspozycji na światło odbijane przez śnieg oczy odmawiają posłuszeństwa.

Powyższe źródła ryzyka nie są teoretyczne, ani odczuwalne tylko przez niedoświadczonych wspinaczy.   Sam wielokrotnie ich doświadczyłem.  Najczęściej te związane z pogodą i ludźmi.  W 1998 roku silne wiatry zawróciły mnie z wierzchołka grani szczytowej Broad Peak (8047 m wysokości). Rok później w wejściu na ten sam szczyt przeszkodził mi wypadek koreańskiego partnera.  W tym samym roku 1999 na mojej drodze na Makalu (8463 m) stanęły: śmierć Szerpy i katastroficzne opady śniegu (zawróciliśmy na wysokości 6500 m.).  Dwukrotnie, w 2004 i 2005 roku, z powodu złej pogody i wycieńczenia ekipy musiałem zrezygnować z wejścia na Annapurnę (8091 m) (zawróciliśmy na wysokości odpowiednio: 7200 m i 7300 m.).  Zła pogoda oraz wypadek partnera, który spadł i złamał nogę, wyeliminowały mnie z walki o Broad Peak w 2005 roku (tu doszliśmy do 7800 metrów, czyli 250 metrów od szczytu).  Maj 2006 rok to znowu akcja ratunkowa dla ślepego Tybetańczyka na Annapurnie (schodziliśmy z 7500 m), a lipiec tego samego roku – pomoc dla wycieńczonego członka ekipy austriackiej na Broad Peak .W 2008 roku burza z piorunami, porywisty wiatr, który nie pozwalał ustać w miejscu, oraz gęsta mgła i śnieżyca spowodowały, że po 12 godzinach wspinaczki po ostrej grani zawróciliśmy zaledwie 150 metrów od szczytu Annapurny.  Jak widać, ryzyko ziściło się wiele razy.

Szczęściem było uniknięcie jego tragicznych skutków, ale nieszczęściem to, że zdarzało się wielokrotnie w tych samych miejscach – a nie ma nic bardziej obniżającego morale niż wielokrotne porażki na tych samych szczytach, bardzo blisko celu.  Poza powyższymi przypadkami związanymi z pogodą i reakcjami ludzi odczuwałem również – choć znacznie rzadziej – ryzyko związane z rzeźbą terenu.  Na ostatniej wyprawie na Annapurnę w 2008 roku, na przykład, duży kamień albo bryła lodu porwała pusty namiot kolegów, wrzucając go do lodowej szczeliny, podczas gdy ja z kolegą smacznie spaliśmy w namiocie oddalonym od niego zaledwie o kilka metrów.

Ryzyko jest więc duże i namacalne.  Nic więc dziwnego, że powstały liczne techniki jego ograniczania, z których wspinacze chętnie korzystają.

Dostępne techniki ograniczania ryzyka

Himalaizm jest sportem ekstremalnym, fizycznie wymagającym, drogim, jednym słowem – elitarnym.  Laik może zatem domniemywać, że tak jak w innych sportach elitarnych, tu też technika jest już na tyle zaawansowana, by zagwarantować uczestnikom wypraw bezpieczeństwo, niezawodność i wysokie osiągi.  Faktycznie, himalaiści mają do dyspozycji szeroki zestaw zaawansowanych narzędzi do ograniczania ryzyka: dokumentację, analizę, przygotowanie organizmu, pomocników i sprzęt.   Jak wskazuję niżej, każde z nich nosi w sobie pewną wadę – jest skuteczne, póki ryzyko jest niewielkie i przewidywalne co do rodzaju, miejsca i czasu.

Dokumentacja. Punktem wyjścia jest dokumentacja.  Przyjęło się, że każda wyprawa dokumentuje swoje osiągnięcia – robi zdjęcia, tworzy relacje z wyprawy, czasem kręci filmy.  Kolejne wyprawy mają więc do dyspozycji pokaźne źródło wiedzy o rzeźbie terenu, stopniu trudności skały, rodzaju i miejscu barier, rozmieszczeniu olinowania i obozów pośrednich.  Mogą dodatkowo dopytać się o szczegóły u samych wspinaczy.  Dokumentacja nie zawsze jest jednak precyzyjna i aktualna, bo, na przykład, w wyniku zmian pogody zniknąć mogą poręczówki zostawione przez poprzednie ekipy na najtrudniejszych odcinkach.  W przypadku pierwszego wejścia daną drogą dokumentacji nie ma zaś w ogóle lub jest bardzo fragmentaryczna  w postaci zdjęć robionych z dużej odległości.

Analiza faktów i przygotowanie organizmu. Ważnym wentylem bezpieczeństwa jest analiza faktów.  Z tej samej dokumentacji wspinacze o różnym doświadczeniu potrafią wyprowadzić różne wnioski, inaczej zinterpretować rzeczywistość.  Poza opisem i zdjęciami, w analizie bierze się pod uwagę klasyfikację trudności góry (stopnie od 1 do 6) i szacowaną trudność drogi.  Ostateczny wybór drogi, a więc wynik analizy, jest jednak podyktowany – poza osobistą ambicją – możliwościami wspinaczy, czyli ich doświadczeniem, wydolnością i stopniem wytrenowania. Tu analiza faktów bywa zawodna.  Nie sposób bowiem jedną miarą ocenić stopnia przygotowania organizmu na warunki ekstremalne: ja, na przykład, od dzieciństwa słabowity i chory na serce, muszę utrzymywać swój organizm w formie przez cały rok – w tygodniu chodzę na długie forsowne spacery (wzmacniając w ten sposób swoje możliwości ciągłego, długotrwałego wysiłku), krótko lecz intensywnie biegam na 5 kilometrów (więcej nie mogę ze względu na chory kręgosłup), i stosuję obciążenia siłowe.  Z kolei jeden z moich kolegów wspinaczy ma tak silny organizm, że nie przygotowuje się fizycznie do wyprawy w ogóle – wysiłek podejmuje tylko w czasie wyprawy.  Ocena stanu przygotowania organizmu do osiągnięcia analizowanego celu jest więc bardzo subiektywna i obarczona dużym błędem. Sam kilkakrotnie miałem do czynienia z sytuacją, gdy nieznani mi osobiście wspinacze, zostali zarekomendowani i przyjęci do zespołu na podstawie ich wcześniejszych górskich osiągnięć, a potem stanowili zagrożenie dla reszty zespołu ze względu na słabą kondycję.

Przygotowanie organizmu nie kończy się jednak z chwilą wyjazdu w góry.  W górach himalaista musi jeszcze przyzwyczaić organizm do nowych wysokości.  Zamiast posuwać się stopniowo ku szczytowi, zakładając po drodze kolejne obozy, pokonuje każdy odcinek podwójne – najpierw wchodzi kilkaset metrów w górę, potem, jeszcze tego samego dnia, schodzi o tę wysokość w dół do obozu, a dopiero następnego dnia powraca do wyższych partii, by tam założyć nowy obóz.  Aklimatyzacja polega czasem również na tym, że przed wejściem na właściwy szczyt, himalaista pokonuje w pobliżu szczyt nieco niższy, traktując go jako rozgrzewkę.  Niestety, ostatni etap wspinaczki – atak na szczyt – odbywa się już w jednym rzucie.  W najtrudniejszych warunkach – mimo zmęczenia w nogach po wielodniowej wspinaczce – trzeba wówczas pokonać kilkaset metrów.  Często napotyka się wtedy ostre granie, dużą ekspozycję,  oraz niespodzianki przyrody – huraganowy wiatr, zadymkę, czy burzę. Żadna aklimatyzacja w górach, ani siłownia w domu nie przygotuje organizmu do tego wysiłku.

Pomocnicy. Kolejny sposób opanowania ryzyka to skorzystanie z pomocy tragarzy wysokogórskich.  Himalaiści powierzają im wnoszenie sprzętu, jeśli czują, że ze względu na trudność góry nie daliby rady zrobić tego samodzielnie, albo daliby radę, ale kosztem wyczerpania organizmu.  Sprzęt zabierany w wysokie góry potrafi ważyć do 20 kilogramów na osobę.  Na ciężar ten składają się: namiot, liny, karabinki, sprzęt do asekuracji, butla gazowa, menażka, śpiwory, jedzenie, ubrania.  Wspinanie się z takim obciążeniem podnosi więc znacznie ryzyko wypadku. Zatrudnienie tragarzy wysokogórskich  nie oznacza jednak, że ograniczyliśmy ryzyko wyczerpania.  Wielokrotnie zdarzało mi się w trakcie wypraw, że – mimo umowy – tragarze odmawiali wejścia w wyższe partie gór, powołując się na zbyt trudne warunki pogodowe, irracjonalne przeczucia albo nieprzychylne znaki dawane im przez swojego bożka.  Obietnice podniesienia stawki nie były w stanie zmienić ich postanowienia.

Sprzęt. Dużą niezawodność w ograniczaniu ryzyka zapewnia sprzęt.  Tu dokonał się ostatnio duży postęp.  Namioty są małe i lekkie.  Niektóre (zwane portaledge) mają przy tym na tyle mocną konstrukcję, że mogą wytrzymać ciężar dwóch osób, zwisając tylko na jednym punkcie asekuracyjnym na pionowej ścianie skalnej.  Istnieją też specjalne małe haki asekuracyjne oraz liny, które wytrzymują nagłe odpadnięcie wspinacza od ściany.  Z drugiej strony, to właśnie pęknięcie liny po nagłym odpadnięciu od ściany przyczyniło się bezpośrednio do śmierci legendarnego himalaisty Jerzego Kukuczki.

Sprzęt nie kończy się jednak na linach i sprzęcie asekuracyjnym.  W innych obszarach też wiele zrobiono, by zmniejszyć zagrożenie wypadkiem.  Śpiwory są cienkie i lekkie (do 1 kg), a mimo to potrafią wytrzymać nawet 20-stopniowy mróz, podobnie ubrania – lekkie, ale – dzięki oddychającym, wiatroszczelnym i nieprzemakalnym membranom pozwalają wspinać się w ekstremalnych warunkach i spokojnie spać w ujemnych temperaturach.  Z kolei telefony satelitarne zapewniają stałą łączność z każdym punktem na ziemi i pozostają czynne nawet przez kilka dni, mimo dojmującego zimna i braku zasilania.  O ile do ubrań, śpiworów i namiotów nie można mieć zastrzeżeń, o tyle telefony w końcu milkną, zwykle pozbawiając ekipę łączności na późniejszych i zarazem najtrudniejszych etapach wspinaczki – przy ataku na szczyt, czy przy zejściu.  Trudno na nie również liczyć w sytuacjach, kiedy konieczne jest nieplanowane wydłużenie wyprawy – aby przeczekać okres złej pogody, sprowadzić na dół rannego, albo poczekać na pomoc po zasypaniu lawiną.

Warto jeszcze wspomnieć o butlach tlenowych, które uzupełniają brakujący w powietrzu tlen i podnoszą wydolność organizmu w najwyższych partiach gór.  Część z noszonego na wyprawy sprzętu pozostaje na szlaku. Tak jest z poręczówkami, czyli linami wieszanymi na najtrudniejszych odcinkach skalnych.  Służą one kolejnym wyprawom, ale nie można na nie do końca liczyć. Kiedy przychodzi zamieć i zimny wiatr, poręczówek nie można czasem znaleźć, albo są tak oblodzone lub poprzecierane, że same stwarzają zagrożenie.

Jak widać, himalaiści sportowi mają do dyspozycji szeroki wachlarz środków ograniczających ryzyko. A jednak wielu z ich nadal ginie w wypadkach, a innym nie udaje się osiągnąć ambitnych, niebezpiecznych celów. Po 30 latach doświadczeń wiem, że klucz tkwi w czym innym – w umiejętności zarządzania emocjami.

Zarządzanie emocjami, czyli jak łączyć duże ryzyko z potrzebą parcia do przodu

Opisane wcześniej techniki nie wystarczają, by osiągać ambitne, niebezpieczne cele. Wprawdzie ograniczają ryzyko, ale tak naprawdę pomagają pokonać tylko obiektywne trudności w drodze do celu – strome skały, brak miejsca na biwak na stromym zboczach, czy niskie temperatury grożące odmrożeniami.  Trudności te można zmierzyć, wyrazić w policzalnych jednostkach, ominąć.  Inaczej jest ze strachem.  Jest on subiektywny, nie daje się stopniować na większy lub mniejszy, każdy sam go definiuje na własny użytek.  Aby osiągnąć naprawdę ambitny cel, a do takich należy zdobywanie ośmiotysięcznika, himalaista musi ten ludzki strach pokonać.  Musi zmienić optykę myślenia o górze i swoich możliwościach, a raczej zmienić swoje i innych emocje z tym związane.  W tym celu powinien inaczej spojrzeć na trzy aspekty: na sposób dochodzenia do celu, kryteria doboru członków zespołu, oraz na rolę lidera w takim zespole.

Sposób dochodzenia do celu, czyli stopniowe i skokowe oswajanie się z ryzykiem. Intuicja podpowiada, że wszystkiego można się z czasem nauczyć.  Potrzeba tylko ciężkiej pracy, wytrwałości i cierpliwości w zgłębianiu wiedzy.  Szybko zorientowałem się, że ta prawda nie ma zastosowania w oswajaniu ryzyka. Z ryzykiem można bowiem oswajać na dwa sposoby – nie tylko stopniowo, ale też skokowo.  Do osiągnięcia ambitnych celów potrzebne są oba.  Bez tego drugiego, nie ma bowiem mowy o pokonaniu mentalnej bariery strachu.

Sam zacząłem poznawać góry w pierwszy, tradycyjny sposób – stopniowo.  Na pierwszy ogień poszły skałki w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.   Choć sięgały kilkunastu-kilkudziesięciu metrów, stanowiły poważny test charakteru. Moje chuderlawe dłonie i stopy, nieobyte z żadnym sportem siłowym, musiały po raz pierwszy wykazać się zwinnością i siłą – musiały znaleźć niczym nie oznaczone płytkie wgłębienia w pionowych skałach, a potem wielokrotnie, bez chwili przerwy, unosić do góry ciężar mojego ciała.  Oczywiście, wielokrotnie odpadałem od ściany, ale przebyte samodzielnie odcinki były coraz dłuższe i trudniejsze.  Coraz więcej wiedziałem też o uprzężach, asekuracji , technikach wspinania.  Z czasem nabrałem więc przekonania, że moje umiejętności pozwalają mi wspinać się z powodzeniem w prawdziwych górach.

Mimo szybkich postępów, przez cały czas towarzyszył mi jednak strach.  Wiedziałem, że następnym krokiem w nauce będzie wchodzenie bez asekuracji.  Mój instruktor nie wejdzie już przede mną na skałę, by zostawić mi wiszącą linę. Sam muszę pokonywać drogę i asekurować się. Bałem się, że mój pierwszy lot do ostatniego wbitego przeze mnie haka spowoduje we mnie trwałe negatywne zmiany – fizyczne i psychiczne.  Bałem się, że upadek wzmoże we mnie postawę obronną – będę robił wszystko, by uniknąć ryzyka i bólu.  Stopniowo udawało mi się jednak wydłużać odległość liny między hakami – najpierw na 5 metrów (potem na 10, 20, 30).  Zamiast dawać wolne pole wyobraźni i myśleć o konsekwencjach upadku w przepaść, koncentrowałem się na bliskich trudnościach, kolejnych stopniach do pokonania.  Robiłem postępy, wchodziłem bez asekuracji coraz wyżej. Aż przyszedł ten dzień.  Odpadłem od 6-metrowej skały i spadłem swobodnym lotem 4 metry w dół. Po ocknięciu się z szoku, stwierdziłem, że upadek ten tak bardzo nie boli.  Odczułem przy tym coś zaskakującego – zamiast wzmożonego strachu i reakcji obronnej, poczułem wyzwolenie, nagły przyrost odwagi.  Wreszcie poznałem to, czego się bałem, co paraliżowało mnie wewnątrz, a co wcześniej wiedziałem tylko z książek i z obserwowania innych ludzi.  Odczułem to na poziomie rozumu, ale też – emocji.

Upadki z wysokości powtarzały się w mojej późniejszej karierze kilkakrotnie.  Szczególnie utkwił mi w pamięci pierwszy upadek ze stoków Broad Peak, gdy staczałem się 400 metrów po śniegu z prędkością 60 kilometrów na godzinę.  Przed oczami przewijało mi się całe moje życie. Jak w fotoplastykonie, tylko znacznie szybciej.  Nie wiedziałem, czym skończy się ten upadek, bo głowa wyłączyła mi myślenie, a wraz z nim uczucie strachu. Kiedy jednak ostatecznie zatrzymałem się na zboczu, poczułem najpierw ulgę, że żyję, a zaraz potem potężny zastrzyk adrenaliny.  Wiedziałem, że muszę walczyć o życie.  Mimo dotkliwych obrażeń, muszę wejść pod górę, wrócić na drogę. Adrenalina powypadkowa spowodowała, że zachowywałem się jak zwierzę, które jest w stanie iść z urwaną nogą, albo odgryźć sobie uwięzioną łapę, aby tylko przeżyć.  Wróciłem na szlak, przeżyłem. W wyniku silnego wstrząsu emocjonalnego, pokonałem kolejną barierę strachu – tym razem związaną z ryzykiem odpadnięcia z grani i stoczenia się po długim śnieżnym stoku.  Każdy taki upadek był, więc dla mnie – co prawda, niechcianą – szansą stanięcia oko w oko z nowym typem ryzyka.

Czy aby oswoić ryzyko należy zatem prowokować wypadki?  Nie.  Uważam jednak, że ludzie, którzy zetknęli się osobiście z naprawdę dużym ryzykiem i odnieśli porażkę, ale – mimo to – działają w niebezpiecznych warunkach, są warci wyróżnienia.  Warto takich ludzi mieć w każdym zespole, który na stałe styka się z ryzykiem.  Po sobie widzę bowiem, że wynikający z wypadków emocjonalny wstrząs i zastrzyk powypadkowej adrenaliny ograniczają irracjonalny strach, rozszerzają margines ryzyka, na który można się powarzyć, i skokowo przyspieszają proces uczenia się.  W tym sensie, upadek nigdy nie jest porażką, tylko rozwijającym zdarzeniem.  Upadek przy osiąganiu ambitnego celu nie musi więc dyskwalifikować.  Aby go ocenić, warto przeanalizować, jakie były jego konsekwencje, jak ofiara wypadku zareagowała i zachowywała się później.

Analizując zachowania osoby, która uległa wypadkowi, albo szerzej – która odniosła porażkę, możemy jednak popaść w nadinterpretację.  Strach, jaki odczuwa ta osoba przed podjęciem niebezpiecznych działań, łatwo uznać za oznakę trwałych zmian w jej ocenie ryzyka.  Z własnego doświadczenia wiem jednak, że doświadczenie wypadku i poczucie wyzwolenia z irracjonalnego strachu nie likwidują strachu, który wiąże się z podjęciem działania.  Obok adrenaliny powypadkowej, istnieje bowiem adrenalina startowa.  Ta jest we mnie zawsze, mimo kilku wypadków.  Zdarza się to zawsze przed wyjściem w góry, przed rozpoczęciem wspinaczki.  Podobnie jak u bokserów, którym przed wyjściem na ring ciśnienie krwi skacze do poziomu 220/180, a tętno – do 100, by po pierwszym gongu raptownie spaść do 70-100 jednostek.  Adrenalina startowa paraliżuje, ale szybko mija wraz z podjęciem działania. Wtedy włącza się stopniowo nabyta wiedza, umiejętności, wydolność.  Zatem w dochodzeniu do ambitnego celu, adrenalina startowa nie przeszkadza, a adrenalina wypadkowa zdecydowanie pomaga.

Kryteria doboru członków zespołu, czyli subiektywne szukanie grupki optymistów. Drugim moim odkryciem, które przyszło stosunkowo późno, bo dopiero po kilkunastu latach wspinaczki w różnych konfiguracjach, jest potrzeba tworzenia zespołu wspinaczkowego w sposób przeczący intuicji.   Znowu doszedłem do wniosku, że duże ryzyko wymaga szczególnych rozwiązań.

Po pierwsze, wymaga od członków zespołu doświadczenia w obcowaniu z ryzykiem. Wspomniałem wcześniej, że aby dotrzeć na szczyt warto mieć w zespole osobę albo osoby, które spotkały się już oko w oko z dużym ryzykiem, nawet jeśli w wyniku tego spotkania doznały upadku.  Paradoksalnie, wcześniejsze niepowodzenia mogą być bowiem ich atutem, mogą im ułatwić zaakceptowanie większego ryzyka, bez popadania w irracjonalny strach i panikę.

Po drugie, członkowie zespołu muszą umieć oswajać się z  ryzykiem w sposób przyjazny dla innych – muszą być optymistami i mieć podobne do reszty zespołu poczucie humoru.  Dzięki temu pokazują, że są otwarci na innych.  To bardzo ważne, bo nie ma nic gorszego w pokonywaniu ambitnego celu niż towarzysząca temu samotność, poczucie, że człowiek jest de facto skazany na swoje umiejętności i wydolność.  Wspólnota celu nie wystarczy, by zagłuszyć w sobie potrzebę wspólnoty dusz.  Jeśli zespoły zjednoczone są tylko celem i każdy dba o własny interes, spięcia między członkami zespołu są nieuniknione.  Zwykle w takich sytuacjach dominują w zespole podziały na lepszych i gorszych.  Sam niegdyś byłem postawiony w sytuacji gorszego, kogoś, kto musi się bezwzględnie podporządkować woli tych lepszych.  Dobrze więc pamiętam, że nałożenie się dwóch potężnych stresów – tego związanego z górą i tego związanego z zespołem –  obniża motywację i satysfakcję z osiągnięcia celu, ale też zwielokrotnia błędy i ogranicza akceptowalny margines ryzyka.

Po trzecie, zespoły pracujące w warunkach wysokiego ryzyka powinny być małe, a ich członkowie powinni mieć podobne umiejętności.  W himalaizmie sportowym przyjęło się, że ludzie dobierają się w zespoły dwu-, maksymalnie trzy-osobowe. Taka dwójka, czy trójka to największa liczba osób, które mogą być związane ze sobą jedną liną, ubezpieczając się nawzajem i polegając na zabezpieczeniach dokonanych przez partnerów. Jeśli na wyprawę rusza dwanaście osób, to z nich i tak tworzą się co najmniej cztery zespoły trzyosobowe.  To zachowanie jest jak najbardziej naturalne, przez nikogo nie wymuszone. Tworzenie na siłę większych zespołów nie ma sensu, bo zbudowanie zaufania między ludźmi, koniecznego w sytuacjach wysokiego ryzyka, wymaga intensywnego kontaktu i dopasowania charakterów, a więc działań prywatnych, na małą skalę.  Jednym słowem, wymaga lubienia się.  Nie oznacza to jednak, że zespoły powinny dobierać się czysto według uznania czy gustu.  Doświadczenie nauczyło mnie, że z punktu widzenia efektywności zespołu – a więc możliwości osiągnięcia celu – ważny jest również poziom umiejętności jego członków.  Umiejętności powinny być wyrównane.  Wbrew pozorom, zespół złożony z jednej osoby słabej i z jednej silnej nie jest perspektywiczny.  Jest wręcz słaby. W sytuacjach dużego stresu i zagrożenia, zawsze będzie bowiem dochodziło do spięć między członkami zespołu.  Jeden będzie hamował drugiego, mimowolnie będzie pokazywał mu jego miejsce w szeregu, a razem będą podnosili ryzyko całego zespołu.  Znacznie lepszy jest układ mocny-mocny, a nawet słaby-słaby.  W tym drugim przypadku zespół może nie osiągnąć celu tak szybko jak zespół mocny, ale będzie szedł w jednym tempie, bezpiecznie.  Nie ma ryzyka, że jeden z nich zostawi drugiego na drodze.  Choć wysokimi umiejętnościami taki zespół pochwalić się nie może, to emocjonalnie jest on dość silny, by dojść na szczyt. Dbanie o równy poziom umiejętności w każdym zespole należy do zadań lidera, kierownika wyprawy.

Ostatni problem związany z zespołem dotyczy obiektywności kryteriów doboru członków.  Sęk w tym, że powyższe emocjonalne cechy charakteru, ale też poziom umiejętności i wydolność, uwidaczniają się dopiero w działaniu, podczas wspinaczki.  Liczba wcześniejszych wejść na najwyższe szczyty, wspinanie się w doborowym towarzystwie, albo pokonywanie trudnych, dziewiczych dróg w trudnych warunkach, nie stanowi żadnej gwarancji, że dana osoba będzie wartościowym członkiem nowego zespołu pod względem charakteru i zarządzania emocjami.  Wielokrotnie żałowałem, że przyjąłem do kierowanej przeze mnie ekipy wspinaczy z polecenia.  Niektórzy znakomicie wtapiali się w zespół, nadawali na wspólnych falach z resztą ekipy, ale byli też wśród nich ludzie słabo przygotowani, bez kondycji, albo – co gorsza – ukryci malkontenci.  Po 2-3 dniach wspinaczki ci ostatni ulegają panice, podając wyimaginowane fakty i wzbudzając tym samym wątpliwości w całej ekipie – tak jak członek wyprawy z 2005 roku, który uciekał ze ściany, twierdząc, że widział ogromną lawinę (na szczęście reszta ekipy uznała to samo zjawisko za zwykły strumień śniegu i poszła dalej, ale ziarno wątpliwości zdążyło w nich wykiełkować). Z powodu negatywnych doświadczeń, uznałem w pewnym momencie, że nie ma obiektywnych kryteriów.  Dziś dobieram członków zespołu kierując się wyłącznie kryteriami subiektywnymi – własnymi obserwacjami z wypraw oraz zdaniem osób, które dobrze znam i lubię. Można to nazwać kumoterstwem, sekciarstwem, czy brakiem profesjonalizmu, ale tylko w ten sposób mogę wykryć drobne emocjonalne rysy, zanim – w zetknięciu z dużym ryzykiem – przekształcą się w czarne dziury i pochłoną dobrze zgrany zespół.

Rola lidera w zespole, czyli łączenie autorytetem. Umieszczenie kwestii przywództwa na ostatnim miejscu w dyskusji o ryzyku może niektórym wydać się kontrowersyjne.  W końcu w literaturze biznesu, z której sam też korzystam w mojej pracy zawodowej, lider podawany jest często jako siła napędowa zespołu, czynnik determinujący jego efektywność.  Generalnie zgadzam się z tym podejściem – w codziennej pracy, na ziemi.  Ale w górach, w przypadku zespołów wspinaczkowych, nie jest ono aż tak istotne.  Kierownik wyprawy nie jest bowiem motorem swojego zespołu.  Himalaiści-sportowcy sami odczuwają bardzo silną motywację osiągnięć, sami kreują wizję sukcesu i wytyczają cel, oraz sami, z definicji uprawianego sportu, rzucają wyzwanie utartym schematom działania, wciąż szukając nowych dróg i sposobów zdobycia celu.  Rola lidera jest więc przy takich członkach zespołu dość ograniczona.

Kompletowanie zgranego zespołu. Lider jest najbardziej potrzebny przed wyprawą, podczas kompletowania zespołu.  Jeśli dobierze do niego właściwych ludzi, tzn. kompatybilnych ze sobą pod względem siły i umiejętności oswajania emocji (o kryteriach doboru wspominałem wcześniej), ma duże szanse na doprowadzenie wyprawy bezpiecznie do celu.  Nawet jeśli sam nie jest mistrzem zarządzania ludźmi.  Jeśli jednak zespół będzie źle dobrany, najlepszy kierownik może nie wystarczyć do osiągnięcia sukcesu. Duży stres i ryzyko będą bowiem pogłębiały rozdźwięk między członkami wyprawy, zaburzając ich wewnętrzny spokój ducha i trzeźwość sądu.  Nie mogąc liczyć na wsparcie pozostałych kolegów, członkowie wyprawy będą podchodzić do ryzyka bardziej asekuracyjnie niż zwykle.

Organizacja pracy z okresowymi interwencjami. W trakcie wyprawy, rola kierownika jest w gruncie rzeczy drugoplanowa. Przez większą część doby jest on zwykłym członkiem zespołu, choć poza wspinaniem zajmuje się dodatkowo organizacją i logistyką (np. negocjuje z tragarzami).  Ujawnia się w swej roli lidera tylko od czasu do czasu, w krytycznych momentach, gdy trzeba zmienić plany w wyniku załamania pogody, albo niewydolności któregoś ze wspinaczy.  Wtedy jest tym, który po ewentualnej dyskusji w gronie zespołu podejmuje ostateczną decyzję.

Styl nie ma znaczenia. Z powyższego opisu może wynikać, że kierownicy wypraw są cichymi przywódcami, którzy interweniują tylko czasami i załatwiają sprawy koncyliacyjnie, bez zwracania na siebie uwagi i bez niepotrzebnego rozgłosu.  Tak nie jest.  Wśród kierowników wypraw są liderzy zarówno demokratyczni, jak i autorytarni.  Ci drudzy – stosunkowo często spotykani na górskich wyprawach – zarządzają przez rozkazy, lubią być stale w centrum uwagi, podejmują każde, najmniejsze nawet decyzje, forsują swoje rozwiązania nawet mimo odmiennego zdania reszty ekipy.  Co ciekawe, choć zwykle wzbudzają niechęć zespołu, antagonizują go i podsycają w nim inne negatywne emocje, autorytarni, despotyczni, dominujący przywódcy bywają równie skuteczni w osiąganiu celu co zazwyczaj pozytywnie odbierani przywódcy demokratyczni.  Ku mojemu zaskoczeniu, styl przywództwa nie wpływa znacząco na szanse osiągnięcia celu wyprawy.  Koronnym dowodem jest dla mnie słynna polska himalaistka Wanda Rutkiewicz, która jako trzecia kobieta na świecie i pierwsza Europejka stanęła na Mount Everest, najwyższym szczycie Ziemi, zdobyła też aż osiem ośmiotysięczników, rekord nie pobity przez żadną alpinistkę przez prawie 30 lat.  Podczas dowodzonej przez siebie wyprawy na ośmiotysięcznik Gasherbrum I i II (w której uczestniczyłem), Wanda regularnie forsowała swoje zdanie, mimo że reszta zespołu zdecydowanie uważała inaczej.  Aby zaprowadzić porządek w ekipie, nie szczędziła przy tym mocnych słów pod adresem poszczególnych wspinaczy (nie przeszkadzało jej w tym nawet to, że wyprawa słyszała to w swoich Radiotelefonach.  Pod jej adresem też leciały niewybredne słowa. Mimo atmosfery ciągłego spięcia, Rutkiewicz doprowadziła tę wyprawę i wiele innych na szczyt.  Równie dobrze jak Rutkiewicz radzili sobie inni autorytarni kierownicy wypraw, zwani przeze mnie Napoleonami.  (Nie zawsze przy tym ich autorytarny styl musiał prowadzić do konfliktu, czego przykładem jest nieżyjący już Andrzej Zawada).

Demokratyczni liderzy (demokraci) mają pewną przewagę nad liderami autorytatywnymi (Napoleonami), bo starają się włączać resztę ekipy w proces podejmowania decyzji.  A skoro członkowie zespołu odczuwają większy wpływ na rzeczywistość, większe są szanse na stworzenie z nich zgranego, efektywnego kolektywu, który da poszczególnym wspinaczom tak potrzebne poczucie bezpieczeństwa przy osiąganiu ambitnego celu.   Tak przynajmniej podpowiada intuicja. Ja też tak myślałem, aż do chwili, gdy poprowadziłem nowy zespół na jeden z najwyższych szczytów ziemi.   Jako urodzony demokrata zależało mi na tym, by jeszcze przed wyprawą wszyscy członkowie ekipy zgłosili wszystkie swoje pomysły i zastrzeżenia co do taktyki wchodzenia, i wspólnie ustalili zasady, jakich będziemy się trzymać podczas wspinaczki.  I tak się stało.  Później – podczas wyprawy, w obozach – nadal zgadzali się co do zasad, ale robili to w milczeniu, potakując z obojętnością na zasadzie „mów sobie, co chcesz, a my i tak postąpimy tak, jak uznamy za najlepsze”.  I faktycznie, w trakcie wspinaczki robili, co chcieli, nie bacząc na uzgodnione zasady bezpieczeństwa i podziału ról. Najbardziej niefrasobliwie zachowywał się członek ekipy, który wcześniej wspinał się co najwyżej na góry o wysokości czterech tysięcy metrów.  Uważał, że wcześniejsze doświadczenia, techniki i przyzwyczajenia wspinaczkowe może z powodzeniem przenieść w góry duże – nawet dwukrotnie większe.  Najwyższą siłą woli doprowadziłem zespół do sukcesu, ale kosztowało mnie to dużo nerwów.  Całkowicie zmieniłem też swoje spojrzenie na to, co faktycznie jest ważne w przewodzeniu zmotywowanym, wytrenowanym indywidualistom w warunkach ryzyka.   Himalaiści są wyraźnymi osobowościami i trudno ich okiełznać poleceniem, ale to jeszcze nie znaczy, że posłuszeństwo i efektywność łatwiej osiągnąć przez negocjowanie.

Wzbudzanie zaufania i posłuszeństwa. Kierownik wyprawy może być arbitralny albo demokratyczny, ale musi budzić zaufanie swojego zespołu.  Nawet jeśli przydarzy mu się popełnić błąd, członkowie wyprawy będą go wtedy szanować i okazywać to posłuszeństwem. Zaufanie nie buduje się jednak w trakcie wyprawy, bo nie ma czasu na jego testowanie w momentach zagrożenia.  Podczas wspinaczki liczą się przecież odruchy, wyuczone schematy.  Na rozważania i wyważanie racji nie ma miejsca.  Zaufanie – będące podstawą automatycznych decyzji – musi być zbudowane wcześniej, przed wyprawą.  Zwykle wynika z uznania dla dużych osiągnięć zawodowych lidera. Ale – ku mojemu zaskoczeniu – zaufanie może też wynikać z szacunku dla wysokich standardów etycznych lidera.  Choć może to wydać się nieskromne, moim główny atutem w kompletowaniu i scalaniu zespołu jest właśnie niezmienne hołdowanie twardym zasadom etycznym.  Znam bowiem wielu wspinaczy o większych możliwościach fizycznych ode mnie – oni zaraz dojdą dalej i wyżej ode mnie.  Z niektórymi z nich mam przyjemność się wspinać.  Wiedzą oni, że są silniejsi ode mnie pod względem wydolności, a jednak uznają mnie jako lidera.  Te zasady etyczne zwykle oznaczają, że gotowy jestem zrezygnować z osiągnięcia celu wyprawy, jeśli członek ekipy wymaga pomocy.  Kilkakrotnie sprowadzałem na dół z prawie 8 tysięcy metrów wspinaczy, którzy doświadczyli ślepoty śnieżnej, złamali sobie rękę, byli skrajnie wyczerpani fizycznie.  Ratowałem im życie, narażając własne, niekiedy w złych  warunkach pogodowych.  Dostawałem potem za te czyny listy gratulacyjne od PKOl i nagrody fair play.  Moi koledzy ze środowiska wiedzą jednak, że za tymi szczytnymi wyborami kryła się zwykle moja osobista tragedia.  Każdy wyjazd w Himalaje oznacza bowiem miesiące żmudnych przygotowań.  A gdy jest się o 150 metrów od szczytu, gdy cel i marzenie są na wyciągnięcie ręki, zawrócenie jest ostatnią rzeczą, której się chce (tym bardziej, że osiągnięcie celu bywa poprzedzone kilkoma nieudanymi wejściami).  Moje środowisko docenia takie akty poświęcenia, ponieważ nie są one bynajmniej regułą.  W 2002 roku, na Makalu w śniegu został mój przyjaciel, Amerykanin R.D. Caughron, bo nikt nie udzielił mu pomocy. Podobne tragedie spotkały innych moich kolegów.  W tak indywidualistycznym sporcie jak wspinaczka wysokogórska, gdy w grę wchodzą duże ambicje i duże ryzyko, etyka – albo zwykła ludzka przyzwoitość – okazuje się dobrem unikalnym, odróżniającym uczestnika wyprawy lub przewodnika-organizatora od lidera.

* * *

Trzydzieści lat doświadczeń we wspinaczce wysokogórskiej przekonuje mnie, że wciąż przecenia się rolę systemów, narzędzi i naturalnej wydolności w zarządzaniu ryzykiem, a zbyt mało czasu poświęca przygotowaniu ludzi do tego, by oswoili emocje, które odczuwają w zetknięciu z ryzykiem.  W końcu ryzyko podejmują nie organizacje, tylko konkretni ludzie.  Jeśli dobrze popracować nad trzema aspektami: sposobem dochodzenia do celu, kryteriami doboru członków zespołu, oraz rolą lidera w takim zespole, nawet słabsze fizycznie osoby są w stanie osiągnąć bardzo ambitne cele w warunkach zagrożenia.  Jestem tego najlepszym przykładem.  Do 12. roku życia byłem ciężko chory na serce, miałem stawy 70-letniego staruszka, do 16. roku życia nie uprawiałem żadnego sportu.  Żyłem w strachu przed śmiercią.  Moja wydolność nadal stawia mnie daleko w tyle za kolegami – himalaistami.  A mimo to wiele osiągnąłem.

Mimo osiągnięć, zdobytych dzięki dobremu opanowaniu powyższych trzech aspektów, mam jednak zaskakującą refleksję.  Uważam bowiem, że tak jak systemy i techniki zarządzania ryzykiem mają swoje granice, tak i granice te ma zarządzanie emocjami.  We wszystkich trzech wspomnianych aspektach – w dochodzeniu do celu, w doborze członków zespołu i w roli przywódcy – przewija się bowiem wspólny wątek motywacji.  Ta – mimo stale ekstremalnych celów, w tym wielu celów jeszcze nie osiągniętych – mimowolnie opada. Zarówno u członków zespołu jak i u lidera.

Na początku, motywacja szybko rośnie, bo z każdą pokonaną górą podnosimy swoje umiejętności, uczymy się.  U mnie faza ta trwała do zdobycia szóstego z czternastu szczytów Korony Himalajów.  Potem następuje faza wysokiej, stabilnej motywacji, gdy dyskontujemy nabyte umiejętności, by stopniowo osiągać kolejne cele.  Dominująca wtedy postawa kolekcjonerska trwała u mnie od szóstego do dwunastego szczytu.  Aż wreszcie przychodzi faza opadającej motywacji.  Uwidacznia się postawa koneserska.  Mając do osiągnięcia ostatecznego celu tylko dwa ośmiotysięczniki zdałem sobie sprawę, że nie muszę już gonić i mam ostatnią chwilę na to, by rozkoszować się stylem i jakością wejścia.  Najważniejsze stało się wtedy osiągnięcie  przyjemności z samego aktu dochodzenia do celu.  Stąd dopiero od dwunastego szczytu dorobiłem się stałego zespołu wspinaczkowego ze zgranymi partnerami.

Dziś widzę, że postawa koneserska nie wpływa dobrze na osiąganie wyników.  To właśnie w tej ostatniej fazie przyszło mi aż czterokrotnie zdobywać Broad Peak, zanim na niego ostatecznie wszedłem w roku 2006.

Piotr Pustelnik-na szczycie Broad Peak – 8 lipca 2006

Niedługo potem czterokrotnie podchodziłem do zdobycia ostatniego szczytu, jaki mi brakuje do Korony Himalajów – Annapurny.   Wszystkie cztery podejścia okazały się nieudane, choć szczęśliwe (obyło się bez wypadków śmiertelnych).   Tak długa seria porażek – która wprawdzie zdarza się najlepszym himalaistom – nie pomaga w przekonaniu siebie, ani współtowarzyszy, że następne wejście będzie udane.  Próbowałem różnych rozwiązań.  Kiedy pierwszy raz znalazłem się w tej sytuacji podczas zdobywania Broad Peak, próbowałem się zdopingować stawiając sobie (i ogłaszając w mediach) zadanie prawie niewykonalne – zdobycie trzech koron: Korony Himalajów, Korony Ziemi i Koronki Ziemi.  Do znudzenia powtarzałem sobie też w głowie magiczne zaklęcie „do trzech razy sztuka”, a jak i ono nie pomogło wymyśliłem własne: „czwarty raz będzie szczęśliwy”.  Rozwiązania te były jednak aktami desperacji, nie towarzyszyły im pozytywne emocje.  Ostatecznie pomogły, ale mogły doprowadzić mnie do katastrofy. Na dziś widzę dwa rozwiązania. Albo pozbyć się członków zespołu lub lidera, którzy wchodzą w tę fazę.  Albo dać takim osobom czas na zrewidowanie swojego podejścia i odblokowanie negatywnych emocji.  Zamiast szukać rozwiązania na siłę, dziś spokojnie czekam, aż wszystko uporządkuje mi się w głowie.  Techniki, umiejętności, wytrenowanie, doświadczenie mam.  Znowu pozostaje psychika i emocje.

* * *

Piotr Pustelnik jest jednym z najbardziej doświadczonych wspinaczy wysokościowych na świecie.  Wszedł na 13 z 14 ośmiotysięczników w Himalajach (do tej pory zaledwie 18 osób weszło na wszystkie szczyty ośmiotysięczne).  Wielokrotnie przesuwał granicę ryzyka, wchodząc początkowo na skałki w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, potem na szczyty w Tatrach, a na koniec zaliczając najwyższe góry Himalajów i wiele innych szczytów w Alpach, Dolomitach, Pamirze i Karakorum. Pokonywał nie tylko kolejne góry, ale też własne ograniczenia fizyczne (w dzieciństwie wykryto u niego poważną wadę serca).  Poza wieloma sukcesami kilkukrotnie ponosił porażki, nie zdobywając szczytu (ze względu na skrajnie złe warunki pogodowe lub konieczność ratowania partnerów).  Swoje doświadczenia wykorzystuje na co dzień w BRE Banku jako kierownik projektu business recovery (szybkiego przywrócenia operacyjnej sprawności firmy w razie katastrofy). Jest też pracownikiem naukowym na Politechnice Łódzkiej.  Chemik z wykształcenia. Były stypendysta  Fundacji Fullbrighta.

* Źródło: – http://www.piotrpustelnik.pl/

* Sylwetkę himalaisty przedstawia post :

Piotr Pustelnik – famous Polish climber. /Version english and polish/

* Zobacz też :

Annapurna 2010: Piotr Pustelnik: The Knight’s comeback.

Annapurna 2010, Piotr Pustelnik: Still crazy.

Annapurna Expedition 2010: ANNAPURNA DREAM – wyprawa Kingi Baranowskiej i Piotra Pustelnika.

* Posty na mojej stronie, kliknij kategorię: Piotr Pustelnik.

* Related Links :

1. Himalayan Trilogy once again, “Himalayan Triptych Reactivated” : mBank Annapurna West Face Expedition – expedition closed /Version english and polish/

2. Himalayan Trilogy once again, “Himalayan Triptych Reactivated” : mBank Annapurna West Face Expedition – Storm on Annapurna! Burza nad Annapurną! /Version english and polish/

3. Himalayan Trilogy once again, “Himalayan Triptych Reactivated” – atak ma szczyt Annapurny.

4. Himalayan Trilogy once again, “Himalayan Triptych Reactivated” – Ama Dablam

5. “Himalayan Triptych” Reactivated : mBank Annapurna West Face Expedition is on! /Version english and polish/

6. Himalayan Trilogy once again. Tryptyk Reaktywacja. /Version english and polish/

** polska wersja tego posta : – Himalayan Trilogy once again, Himalayan Triptych Reactivated – Tryptyk Reaktywacja cz. II i III.

* Previous story :

Himalaya 2010 climbing season: Tibet Closed as Spring Season Begins!

The Gear Junkie Profiles Seven Summiteer.

Interview with Mike Farris: Alone on Everest.

March and April Climbing Events by American Alpine Institute.

Interview with Anne-Mari Hyryläinen: The First Finnish Woman on Everest?

Everest 2010: South Side Update from IMG’s Eric Simonson.

Everest 2010: North Side Update from an Expert – Jamie McGuinness.

The Great Himalaya Trail Set To Open Next Year!

Everest — Gear For The Expedition.

* Polish Himalayas – Become a Fan

goryonline.com

** zapraszam na relacje z wypraw polskich himalaistów.

AddThis Feed Button


An Urgent Request from EverestER.

Namaste!

Hello Everest Nuptse and Lhotse-bound expeditions!

YES the Everest base camp medical clinic will be on the mountain this year for our 8th season.  We will continue to ask for $100 per Non-Nepali staff and climbers in base camp, which will cover all doc consultations for your team including all of your team Nepalis at no charge. As in past years, we will charge a low fee for medications, oxygen and hospitalization as used.

I have been funding this clinic for the past 8 years from our nonprofit (the $100/climber doesn’t come close to covering the expenses unless all non-Nepali folks in EBC sign up.)

Despite promises to the contrary, there has been no movement on my continued and repeated requests to the ministry of tourism to either 1) create a separate mandatory EBC clinic permit for all non-Nepali climbers or 2) use a small portion of the climbing permit fee to subsidize the clinic operational fees so that everyone supports the clinic and keeps fees low.

Because I can’t continue to subsidize the clinic forever and want to be sure it will endure on it’s own,  last year I let the HRA and ministry know that 2010 is the last season that I’ll pay the operations costs.  I’ve told the ministry that if they don’t come up with a way to subsidize the clinic (again, all we need is $100/non Nepali climber out of the climbing permit fees?) then there will be no clinic in 2011.

Can you help us out?  When you go to apply for your permit, if every exped leader puts in a plug for paying a fee for the clinic, it might get them to budge.

If they know you’ll be behind this permit (and I assume you are, since you’re paying that same fee when you come anyway) please let them know that you see it as a big advantage to climbing on the Nepal side (maybe it’s not the only reason you don’t climb from Tibet, but if reliable and cost effective medical care is even a part of that decision, then perhaps we can use it to our advantage.)

I appreciate your support!  Easiest if you send us a list of all your climbers, and $100 per NonNepali.  The check can be made out to HRA-USA and sent to PO Box 365 Gallatin Gateway, MT  59730.  Then if you can provide us with a list of your Nepali staff once you get to EBC I’d appreciate that too.

See you on the rockpile soon, and thanks for your support.  If you’d like me to send you a list of suggested medications for your climbers to bring along to minimize their costs in EBC, I’m happy to do so – just let me know.

Luanne
EverestDoc
EverestER.org

everest-bc-clinik

* Source : – Alan Arnette : 2010 Everest expeditions.

* Related Links :

Everest Base Camp Clinic.

Himalayan Rescue Association Nepal.

* Previous story :

Alan Arnette Explains The Champion Everest Supersuit.

Himalaya Spring 2010 expeditions.

2010 climbing season kick-off: Everest and Himalaya list of expeditions!

Everest Clean-Up Above 8000m.

Summit Day on Mt Everest – amazing video.

Interview with Dave Hahn.

The Deadly Side of Everest.

The Conquest of Everest – 1953 style : amazing video.

Everest 2010 season – Expeditions with any British Teams or Britons.

Everest 2010: An Interview with Phil Crampton of Altitude Junkies.

ExplorersWeb Year 2009 in Review: Farewell to friends.

Alan Arnette’s Everest 2010 Coverage Begins, Double Traverse Announced!

Everest Spring 2010 preview: Kaltenbrunner & Dujmovits.

How Much Does It Cost To Climb Mt. Everest?

* Polish Himalayas – Become a Fan

goryonline.com

** zapraszam na relacje z wypraw polskich himalaistów.

AddThis Feed Button


zapraszam do subskrypcji mego bloga

Krzysztof Wielicki : Wyścig ze śmiercią – akcja ratunkowa na K2, Netia K2 Polish Winter Expedition (2003/2004).

Poniżej przedstawiam historię akcji ratunkowej przeprowadzonej podczas zimowej wyprawy na K2 (2003/2004), wydarzenia te zostały opisane przez znanego polskiego himalaistę Krzysztofa Wielickiego.

Krzysztof Wielicki (ur. 5 stycznia 1950 w Szklarkce Przygodzickiej) – polski wspinacz, taternik, alpinista i himalaista. Jest piątym człowiekiem na Ziemi, który zdobył Koronę Himalajów i Karakorum. Na trzy z nich: Mount Everest, Kangczendzongę i Lhotse wszedł zimą jako pierwszy. Na Lhotse stanął samotnie w noc sylwestrową w gorsecie, który nosił po uszkodzeniu kręgosłupa w górach. Na Broad Peak “wbiegł” solo w ciągu jednego dnia (pierwsze na świecie wejście na ośmiotysięcznik w ciągu doby). Na Dhaulagiri (w 16 godzin) i Shisha Pangma wspiął się sam, wytyczając nowe drogi. Nikt też nie towarzyszył mu podczas wejścia na szczyt Gasherbruma II. Świadkami samotnego wejścia na Nanga Parbat jedną z największych ścian Ziemi byli jedynie pakistańscy pasterze obserwujący jego wyczyn z oddalonych łąk. Brał udział w czterech wyprawach na K2. Dopiero podczas ostatniej, latem 1996, wytrwałość została nagrodzona – wszedł na szczyt Filarem Północnym z dwoma włoskimi alpinistami. Po biwaku, niedaleko szczytu, zejście zamieniło się w dramatyczną i szczęśliwie zakończoną akcję sprowadzania skrajnie wycieńczonego Włocha. Na przełomie 2006/2007 roku podjął kolejna próbę zdobycia zimą Nanga Parbat, lecz z powodu skrajnie trudnych warunków pogodowych, musiał wycofać się wraz ze swoim zespołem .

Wyścig ze śmiercią – Netia K2 Polish Winter Expedition (2003/2004).

Sytuacja ta zdarzyła się pod koniec wyprawy i jak każda z takich sytuacji była nieprzewidywalna. W zasadzie rozpoczęliśmy akcję szczytową. Prognoza pogody była zła, ale przewidywała chwilowe przejaśnienia, co oznaczało, że nawałnica, która wściekle atakowała od dłuższego czasu ściany naszych namiotów może na jakiś czas ucichnie. Było wiadomo, że jest to jedyna szansa żeby zaatakować szczyt. Problem polegał na tym, że po wielu dniach spędzonych pod K-2 zostało niewielu ludzi zdolnych do ataku szczytowego. W zasadzie była nas tylko trójka. K2 - Netia K2 Pol Wyprwa Zimowa 2002_2003Ponieważ Piotrek Morawski miał odmrożony palec i nie mógł przystąpić do ataku, pozostał tylko Dennis Urubko, Marcin Kaczkan i ja – przy czym ja byłem też po kontuzji, gdyż zerwałem sobie mięsień, co odnawiało mi się przy każdym wysiłku, dlatego chciałem jak najdłużej pozostać w bazie. Do ataku szczytowego przystąpiliśmy – można powiedzieć ataku rozpaczy – w składzie trzyosobowym. Denis Urubko z Marcinem Kaczkanem ruszyli przodem.

Wyruszyłem jeden dzień po nich. Ponieważ pomiędzy obozem III, w który się znajdowałem na wysokości 7200 m., a obozem IV, w którym mieli spędzić noc na wysokości 7600 m nie było wielkiej różnicy – tylko 400 m. – pomyślałem, że w tym ostatnim dniu wyjdę wcześniej w nocy, dopędzę ich i razem zaatakujemy szczyt. Taki był nasz plan. Szliśmy – tak trochę – nie wierząc do końca w możliwość poprowadzenia ataku szczytowego. Pogoda wbrew prognozom wcale nie chciała się poprawić. W takich sytuacjach liczy się na szczęście, a nuż będąc w obozie IV pogoda się zmieni na jeden dzień i będziemy mogli ruszyć na szczyt. Inaczej jak się czeka w bazie, zanim się wyjdzie to pogoda może się parę razy zmienić. W związku z tym postanowiliśmy iść jak najwyżej gdzie można będzie przeczekać nawałnicę. Gdyby przejaśniło się choćby na chwilę będzie możliwość ataku na szczyt. Takie było założenie.

Spędziłem noc w obozie III. Marcin i Denis dotarli tego samego dnia do obozu IV. Trudno nazwać to obozem. Namiot bazowy targany huraganowym wiatrem poddał się i zniknął w zerwach góry.  Byliśmy na to przygotowani wychodząc z bazy. Chłopcy zabrali ze sobą mały namiot. Mieli tylko jeden śpiwór do dyspozycji. Wieczorem po połączeniu się z bazą czekaliśmy na wiadomości, z których płynąłby choć cień optymizmu. Decyzję odłożyliśmy do rana. Następnego dnia nie było łączności. Stanęliśmy przed trudną decyzją co do dalszych poczynań. Pogoda nie dawała szans wyjścia, więc pomyślałem, że możemy w tej sytuacji przeczekać jeden dzień. Około ósmej Denis nadał komunikat, że sytuacja jest bardzo poważna. Marcin stracił kontakt. Jest nie komunikatywny. Są to pierwsze objawy choroby wysokościowej. Z akcji szczytowej, nagle, robi się akcja ratunkowa.

W jednej chwili została powiadomiona baza. Niestety nie byliśmy przygotowani na akcję medyczną wysoko w górze. Trudne warunki spowodowały, że nie wynieśliśmy tlenu do obozów położonych wyżej. Był on tylko w obozie I na 6000 m.

Istnieje pewien odwieczny problem, a ten problem polega na tym co wnieść lepiej żywność i sprzęt, czy tlen. Na dalszy plan odchodzi pytanie czy będzie potrzebna butla z tlenem na wypadek choroby wysokościowej – póki nie ma zagrożenia.

W tej sytuacji na mnie padł blady strach, jako na kierownika wyprawy. Zdawałem sobie sprawę, że młody człowiek, bez dużego doświadczenia w warunkach wysokogórskich może zginąć. To była największa wysokość jaką Marcin w życiu osiągnął. Choroba wysokościowa, w takich warunkach bez pomocy, bez tlenu może mieć tylko jeden finał – tragiczny finał. Wiedzieliśmy w tej sytuacji liczy się tylko szybkość. Możliwość mobilizacji Marcina żeby zaczął współdziałać z nami przy zejściu. Człowiek chory często nie chce współdziałać przy zejściu szczególnie przy chorobach wysokościowych. Jest kompletnie wyczerpany, słaby. Taki człowiek najchętniej by usiadł i umarł. Denis podjął natychmiastową decyzję. Zaczął zjeżdżać i spuszczać Marcina na linach. Na szczęście wszędzie tam były poręcze umożliwiające akcję ratunkową. Po wpięciu Marcina w linę, opuszczał się pod własnym ciężarem.

W obozie trzecim mieliśmy trochę leków. Zabrałem je ze sobą i wyruszyłem naprzeciw schodzącej dwójce. Spotkałem ich – gdzieś na 7400 m. Wniosłem termos z ciepłą herbatą żeby go wzmocnić i podałem mu leki po konsultacji z lekarzem przez radio, po czym kontynuowaliśmy zejście. Prosiliśmy aby ktoś wyniósł wyżej butle z tlenem. Niestety zespoły, które zostały w bazie były mocno osłabione poprzez poprzednie działania. Tak naprawdę nie liczyliśmy na skuteczną pomoc, na to, że ktokolwiek dojdzie.

Wiedzieliśmy, że musimy wspólnie z Denisem sprowadzić Marcina, że tu szybkość będzie decydować. Im niżej zejdziemy, tym lepiej będzie się czuł. To była walka z czasem. Mało tego – zbliżała się noc. Teraz dopiero okazało się jak niezwykle ważne były założone wcześniej liny poręczowe. Mogliśmy wpiąć go w linę i w miarę bezpiecznie schodzić. Na odcinkach bez lin bardzo trudno jest zejść z chorym człowiekiem. Nie można go ani nieść, ani go zepchać. To naprawdę jest problem. Lina w takich momentach odgrywa decydującą rolę, gdyż najłatwiej jest wpiąć człowieka w linę i zepchać, aby zsuwał się pod własnym ciężarem.

Najgorsze podczas takiej akcji sprowadzania są trawersy. Niestety mieliśmy ich sporo i do tego w lodzie. Marcin opuszczał się, zrobił v-kę i nie miał siły, aby pokonać odcinek „pod górę”. Te kilka metrów poświęconych, aby podnieść Marcina, w normalnych warunkach można pokonać w 10 minut – my robiliśmy pół godzimy. Wspólnie z Denisem włożyliśmy w to dużo pracy. Na mnie ciążyła podwójna odpowiedzialność – raz jako partnera, po wtóre jako kierownika wyprawy. Nie chciałem, aby na koniec jeszcze się coś wydarzyło. Przed samą jedynką wyszedł naprzeciw nas zespół. Spotkaliśmy się na trzy, może cztery poręcze przed obozem. Do obozu dotarliśmy późno w nocy. Byliśmy kompletnie wykończeni.

Lekarz pozostał w bazie. Nie był w stanie dojść do nas. W związku z tym na 6000 m. zorganizowano prowizoryczny punkt medyczny. Tam był tlen, leki i obsługa chłopaków, którzy dostali instrukcje od lekarza. Marcinowi po nocy przespanej w masce z tlenem wróciła świadomość i następnego dnia był w stanie zejść do bazy. Akcja się powiodła.

Niestety nie zawsze takie akcje kończą się szczęśliwie. Podobny problem był z Andrzejem Czokiem w 1986 roku. Niestety tamta sytuacja była o wiele trudniejsza. Nie było założonych lin poręczowych. Pomoc nie przyszła w porę pomimo, iż koledzy dwukrotnie ruszali z tlenem w górę. Finał był tragiczny. Być może, gdyby były butle z tlenem w obozie trzecim, nie doszłoby do tragedii. Być może, gdyż podanie tlenu, gdzieś wysoko w górach nie gwarantuje powodzenia. Trzeba jeszcze sprowadzić chorego niżej. Jeśli jest w stanie schodzić samodzielnie z butlą na plecach, lub ktoś może nieść butlę i schodzić obok to jest szansa. Samo podanie tlenu tylko chwilowo może poprawić stan chorego, może ułatwić sprowadzenie człowieka niżej – potem tlen się kończy, a sytuacja zostaje bez zmian. Z choroby wysokościowej tak łatwo się nie wychodzi. Podstawowa sprawa to zejść w dół. Pytanie jak? Czy można wcześniej rozpoznać tę chorobę i chory jest w stanie zejść sam, czy też jest na tyle późno, że trzeba go znosić.

Podobną sytuację mieliśmy w 1996 roku na K-2. Ruszyłem do ataku szczytowego wraz z dwoma Włochami. Zdobyliśmy szczyt ok. dziewiątej wieczorem. Po północy dotarliśmy do miejsca na wysokości ok. 8300 m., gdzie postanowiliśmy przeczekać do świtu na wykopanych w zlodowaciałym śniegu półkach. Udało się nam tych parę godzin przetrwać. Każdy miał swój własny sposób. Ja, aby nie zasnąć, pomagałem sobie śpiewem. Nad ranem, wyczerpani zeszliśmy do namiotu na 7900 m., gdzie był Piotrek Pustelnik i Rysiek Pawłowski, gdzie mieliśmy już herbatę, maszynkę i mogliśmy już coś ugotować. Jeden z Włochów – Marko był kompletnie wyczerpany. Powiedział, że on musi mieć tlen i nie pójdzie dalej. W trójkę z Piotrkiem Pustelnikiem zaczęliśmy go opuszczać.

Człowiek, który nie chce schodzić jest po prostu zrzucany. Wydaje mi się, że nie uratowalibyśmy Marko, gdyby nie Rosjanie. Jeden z nich wyszedł ze specjalną apteczką z drugiego obozu. Marko otrzymał odpowiednie zastrzyki o działaniu narkotycznym, które zmobilizowały go do dalszej walki. Walki o życie do ostatniego tchu zarówno fizycznego, jak i psychicznego. Leki te nie działają długo – zaledwie 6 – 8 godzin. Marko zaczął z nami współpracować i ten czas wystarczył, aby go sprowadzić do obozu drugiego, gdzie znajdował się tlen. Następnego dnia był w stanie zejść do bazy. W dużej mierze dzięki pomocy Rosjan doprowadziliśmy wyprawę do szczęśliwego końca.

Na tej wysokości bardzo dużo zależy od współdziałania i pomocy innych zespołów. To jest bardzo ważny element. Nie można upraszczać tego problemu, że ktoś komuś nie chce pomóc. Każdy ma swoje problemy i nie jest obligatoryjne zainteresowanie sytuacją innych zespołów działających na tej samej górze w tym samym czasie. Nie jest tak, że ktoś musi nagle zmienić wszystkie swoje plany, aby pomóc innym. Może, ale nie musi. Być może na tej wyprawie zagrała wspólna słowiańska krew i Rosjanie przyszli nam z pomocą.

W obydwu tych wyprawach byłem kierownikiem. W obydwu przeżyliśmy kryzys związany z brakiem tlenu w wyższych bazach. Do dziś czuję pewien ból, że tego nie zapewniłem. Pozostaje satysfakcja po wyciągnięciu kolegów ze śmiertelnej opresji. Odwieczne pytanie pozostanie – czy wnosić tlen do celów medycznych, czy sprzęt i żywność. Gdzie znajduje się ta cienka nić, niewidoczna granica ryzyka, której nie wolno przekroczyć. Przecież ryzyko jest zawsze.

Autor : Krzysztof Wielicki.

* Członkowie wyprawy o obozie bazowym.

polish-winter-expedition-to-k2-2002_3-czlonkowie-wyprawy-w-baziePolish winter expedition to K2, 2002/3 : członkowie wyprawy w bazie

Celem wyprawy było zdobycie K2 Filarem Północnym, którym Krzysztof Wielicki wspiął się na wierzchołek latem 1996r. Wierzchołek nie został osiągnięty, a wyprawa zakończona została akcją ratunkową, w której uratowano Marcina Kaczkana. Krzysztof Wielicki wraz z Denisem Urubko nie zdecydowali się rozpocząć ataku szczytowego po raz drugi. Wyprawa zakończyła się jednak sukcesem. Himalaiści weszli na wysokość prawie 7700m. Obóz IV postawili na wysokości 7630m. Tak wysoko zimą nikt jeszcze tam nie był. Uratowali również życie swojemu koledze, przedkładając ludzkie życie i partnerstwo nad celem wyprawy.

* Zimowa wyprawa na K2 przed opuszczeniem Polski 2002/2003,  fot. A.Skieterska

* Zobacz :

Krzysztof Wielicki: Historia zdobycia K-2.

Krzysztof Wielicki: zimowa wyprawa na Lhotse – pierwsze zdobycie szczytu zimą 1988r.

Polish winter expedition to K2, 2002/3 /Version polish and english/

Winter Manifesto of Krzysztof Wielicki – Manifest zimowy Krzysztofa Wielickiego /Version polish and english/

Polish winter expedition 1980: Everest – part 1

Polish winter expedition 1980: Everest – part 2

Polish winter expedition 1980: Everest – part 3

Polish winter expedition 1980: Everest – part 4

* Polish Himalayas – Become a Fan

goryonline.com

Nieruchomości on line

** zapraszam na relacje z wypraw polskich himalaistów.

AddThis Feed Button


At Every Call – A 75 minutes journey through the 100 years of TOPR.

This movie puts into a nutshell the history of one of the most elite and legendary rescue organizations in the country, officially founded on October 29th, 1909. With a ride to the peak of Kasprowy Wierch inside a cable railway car we begin our picturesque travel, which takes us both through the Tatra Mountains and the history of  TOPR.

topr 1
It seems that it would be quite difficult to make a documentary film based on a topic more charming – the beauty of Polish mountains, the charismatic characters of past and contemporary life-guards, the legendary valour, the horror lurking in the precipices, the threat of imminent death, the exhilaration of the rescued, the sorrow of the casualties’ families -all this comprises in an age of Blue Cross activity in Tatras. The only question that arises is : how to cram all this vivid material in a 75 minutes movie ?
topr video
A movie, which is meant not only to present the people and the mountains, but also to record the recollections of the veterans, pay a tribute to those who are gone and also show the modern day TOPR, so different from these first years, when the only equipment was a hemp rope and a bamboo sticks with attached grid, on which the injured were carried. A task simply unrealizable. And yet, the authors did actually pull it off. Despite a necessity to make compromises and to omit numerous characters and important events, which the authors weren’t able to contain in the movie, we finally have a chance to set off on a genuine trip. One time we stroll, learning step by step about the way the things were back then, and the other time we’re hung on a rope under the helicopter, rapidly plunging into the emotions of the rescuers and the rescued. We meet such legends as Uznański, Jagiełło, Janik, Gajewski, Augustyniak. We step into everyday reality and we recall the most difficult expeditions. The archival pictures blend with breathtaking footage from trainings and from helicopter assisted rescue actions as well.

The authors managed to preserve the remembrances of those, who contributed to shaping TOPR after second World War and of the likes of Commander Jan topr 5Krzysztof, who transformed TOPR into a modern, perfectly equipped rescue organization. During the 100 years everything changed, with the rescuers’ equipment to begin with and ending with density of tourist traffic in Tatra Mountain. Only one thing has remained unchanged – the rescuers’ oath and the readiness to come to one’s help in the mountains which the rescuers hold so dear. “Upon my word of honour, I voluntarily swear that as long as I am healthy, at every Commander’s call (.) irrespective of year’s season, day or weather, I will appear in a particular time and place and (.) head to the mountains to seek and rescue the missing person.”.

This is why these words of oath create a frame for all the memories and scenes from the 100 year history.

Distribution – second half of October:
Tatra Voluntary Moutain Rescue
63a Piłsudskiego St
34-500 Zakopane
Poland
tel. +48 18 2014731,
fax. +48 18 2015560
email: topr@topr.pl
http://www.topr.pl

* Version polish :

–  Na każde wezwanie Naczelnika – film o historii i współczesności TOPR.

* Previous story : – Rescue climbing

goryonline.com

** zapraszam na relacje z wypraw polskich himalaistów.

AddThis Feed Button

zapraszam do subskrypcji mego bloga

Na każde wezwanie Naczelnika – film o historii i współczesności TOPR.

Prezent na 100-lecie TOPR-u – film o historii i współczesności TOPR.

„Na każde wezwanie Naczelnika” to zrealizowany w 2009 roku 75 minutowy film opowiadający o historii i współczesności Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.

topr 1Ratownicy TOPR.

Reżyser Anna Maria Filipow opowiada o współczesności i historii tej elitarnej organizacji ratowniczej. Ogromną zaletą filmu są wywiady z legendami TOPR-u oraz rozmowy ze współczesnymi ratownikami. Wszystko to przeplatane jest dynamicznymi ujęciami z akcji ścianowych, helikopterowych i ćwiczeń oraz wspaniałymi zdjęciami Tatr Łukasza Rzepki, Bartka Serafińskiego i Andrzeja Skoczylasa. Muzyczne tło skomponował Bartek Gasiul.topr 5

Film pokazuje też codzienność ratowników. Kamera zagląda do Centrali TOPR-u w Zakopanem i górskich dyżurek oraz na lądowisko helikoptera. O swoich spotkaniach z „czerwonymi kurtkami” opowiadają uratowani turyści i znany himalaista Artur Hajzer.

Dokument został wyprodukowany przez TOPR z okazji okrągłego jubileuszu 100 lecia. Finansowo przedsięwzięcie wsparły PZU, Plus, BP Polska, Skoda Auto Poland, będące na co dzień sponsorami Pogotowia.

Producentem wykonawczym jest firma Artica Jerzy Porębski,  m.in. współautor wielokrotnie nagradzanego w kraju i za granicą pięcioodcinkowego cyklu „Polskie Himalaje”.

Nad całością czuwał zespół konsultacyjny TOPR-u w składzie : Maciej Berbeka, Wojciech Mateja i Marcin Józefowicz, pod kierownictwem Naczelnika  Jana Krzysztofa.

Zwiastun filmu :

http://nakazdewezwanienaczelnika.pl/zwiastun.php

Film na płytach DVD będzie dostępny w sklepach turystycznych, salonach księgarskich i prasowych od połowy października. Będzie go też można kupić w sklepach internetowych, Cena 29,99   Film będzie promowany na stronach internetowych TOPR-u, portalach poświęconych tematyce sportowej, górskiej i turystycznej.

Patronat – Instytutu Adama Mickiewicza.

Patronat medialny – National Geographic Polska.

Strona filmu : – nakazdewezwanienaczelnika.pl

Naczelnik TOPR : Jan Krzysztof  17.09.2009

* Wersja angielska posta :

–  At Every Call – A 75 minutes journey through the 100 years of TOPR.

* Previous story : – Rescue climbing

goryonline.com

** zapraszam na relacje z wypraw polskich himalaistów.

AddThis Feed Button

zapraszam do subskrypcji mego bloga

Accidental First Ascent: Fight or Flight in the North Cascades.

Author of post :  Blake Herrington.

Editor’s Note: Blake Herrington is one of few young climbers pushing boundaries in the remote Cascades. Last year he completed a major first on the east ridge of Mt. Goode (read the Mt. Goode´s Megaladon Ridge), on the heels of establishing the four-peak Gunsight traverse (read the Gunsight Range Traverse). Below, Herrington tells of his latest expedition, to the north face of Castle Peak, where he and Peter Hirst accidentally climbed a new route, Fight or Flight (IV 5.10+, 1,400′).

herrington-1 Fight or Flight (IV 5.10+, 1,400′), north face of Castle Peak, North Cascades, Washington. Blake Herrington and Peter Hirst established the route accidentally on August 3, 2008, while trying to climb the Colorado Route. The Colorado Route lies right of the new climb. [Photo] Blake Herrington collection

The clock on the wall showed 1:30 a.m. as the US border patrol agent sauntered across the office and up to the desk. Under the glare of fluorescent lights and overweight customs officers, having to admit that we’d forgotten a passport suddenly seemed morally equivalent to citing kitten-drowning as a frequent hobby. My climbing partner and I weathered the predictable litany of questions, stated our thoroughly non-terrorist occupations, and tried to deflect verbal blows with a steady return fire of “yes sir” and “no sir.” Unlike the other angry late-night travelers at this remote border crossing, Peter and I displayed an odd satisfaction that seemed as out of place as the ominously smiling portraits of Dick Cheney and George Bush overhead. We knew this passport issue was only a temporary delay, not a real obstacle. Not something that would prevent our progress or do us harm. And to a couple of caffeine-hyped climbers twenty-two hours removed from an alpine start, our late night border interrogation was, in retrospect, the most calming part of our whole day.

Peter Hirst and I had left Bellingham, Washington on the morning of Saturday August 2, and driven several hours to Manning Provincial Park in British Columbia. From here, seven miles of trail brought us to an 8,000′ pass and a gathering rain storm. As the drops became more snow than rain, we caught a view of our objective, the North Face of Castle Peak. From the well-maintained trail, beautiful alpine ridges led directly to the glacier below the peak, and the storm abated in time for us to dry out at camp that evening. We intended to climb the Colorado Route, a (likely unrepeated) 5.11 climb tackling the granitic north face of Castle Peak, just south of the USA/Canada border. Fred Beckey had recruited a trio of Colorado climbers to attempt the project fifteen years ago, but he had stayed at camp due to hip troubles while they completed the climb. herrington-2 New

This year a large snow patch lingered at the base of the route, seemingly on top of its first pitches. Armed with an excitement fueled by the visions of clean granite overhead, we decided to simply follow whatever features offered protectable and compelling climbing up the wall. After an exciting wakeup crossing the glacial moat, we began just left of the clean buttress face, climbing across to the top of the snow patch in two pitches. Rising up from the belay was a stretch of some of the cleanest alpine granite I’ve ever seen. Though lacking in long corner or crack systems, the appearance of face holds allayed our fears and we set out hoping for adequate protection. The first pitch off the snow (our third) linked balancy face features, a thin crack, and show-stopper crux moves to the belay ledge. On Pitch 4, Peter started with a long stretch of unprotected but positive face climbing before pulling into the twin cracks of a steep dihedral we’d noticed from the glacier below. From the pedestal above these cracks, face climbing continued up and left to a finger crack which provided good protection as the moves again became more difficult and the route was forced up and around a few left-facing corners to the left-edge of the wall. From the belay at the base of pitch seven, we questioned the route ahead and debated, aloud and internally, how best to proceed. I decided to try straight up the arete above, which began with a long stretch of difficult and nervous climbing where the thought of a fall had me wishing for more than the occasional purple TCU for protection. Peter led the next pitch, finding a fantastic and powerful left-facing corner with difficult but manageable finger locks.

From here the rock became more mossy, especially in the obvious dihedral systems. Luckily we were able to follow flakes and cracks onto to an amazing quartz dyke system. This stripe of bright rock–the golden staircase–carried us on for most of two pitches and provided a continuous line of perfect holds, really fun climbing, and occasional gear. From a small ledge below the summit, Peter used double ropes, our lone ice tool, an overhanging pullup move, and all the tricks in the book to get us up a hidden snow patch and through the final rock wall to the summit.

Our entry into the summit register was the first in 2008 and kept this year on pace with 2006 and 2007, which both also feature one entry. However, it was a good thing that the register couldn’t hold our attention for long. With both of us expected to show up for work the next morning, we soon began the descent to camp and hike out. Hitting the trail as stars emerged, we pounded down the final seven miles to the car–assuring each other that the inventor of the two-day weekend simply could not have been an alpinist.

After some email and photo sharing with the Colorado climbers, it sounds like we were never on their route at all, so now the Central Buttress on Castle Peak has a couple routes awaiting second ascents. Don’t forget your passport.

* Source : – http://www.alpinist.com/http://blakeclimbs.blogspot.com/

** Previous story  : – Rock climbing.

goryonline.com

** zapraszam na relacje z wypraw polskich himalaistów.

AddThis Feed Button

zapraszam do subskrypcji mego bloga